Menu

Hominem unius libri timeo

Kulturalne peregrynacje, dyskursywne fascynacje

Wielkie powieści grecko-amerykańskie

terezjasz1

Czerpanie z historii własnego życia czy szerzej pokolenie to taka chyba szczególna pisarzy amerykańskich mam wrażenie. Tak jak Roth czy Auster ciągle o Żydach, Siri Hustvedt o Skandynawach z Minnesoty tak Jeffrey Eugenides o Grekach z Detroit i studentach Browna.

Ale robi to doskonale i tematy wybiera dalekie od stereotypowych. Middlesex to generalnie historia hermafrodyty Calliope / Cala - od lat 60-tych z całą historią skomplikowanych greckich korzeni i emigracji od rzezi Smyrny począwszy. Na marginesie rodzinnej sagi mini portret Motown, które miało w sobie zarzewie upadku już w czasie pozornej świetności. Ale najlepszy fragment to historia założyciela Nation of Islam, który wcale nie musiał być ani czarnym, ani muzułmaninem. To też ciekawa gra słów, bo tytuł to dosłownie nazwa rodowej posiadłości. Powieść naprawdę bogata w odniesienia, bo i mity greckie i kwestie geny a wychowanie, i relacje rasowe i etniczne w USA.

The Marriage Plot to historia też a psychiatrią w tle, ale tym razem nie dostaje się specjalistom od hermafrodytyzmu a raczej nietolerancji wobec choroby dwubiegunowej w radosnych latach Reagana z demencją. To historia trojga studentów Browna - Madeleine, Mitchella i Leonarda. Ona z klasy wyższej, oni niekoniecznie. Mitchell to bardziej alter ego autora (Grek intelektualista i cichy wielbiciel w jednym) a Leonard to człowiek z dwubiegunówką, zaś Madeleine to czubek trójkąta. Ciekawa historia i ciekawe zakończenie, nie komediowo romantyczne bynajmniej. 

No i jest to ten sam człowiek na podstawie którego debiutanckiej powieści Sofia Coppola nakręciła The Virgin Suicides. I pieszczoch Oprah oczywiście. Porównanie z Franzenem narzuca się samo. Tak jest realizm histeryczny. Ale jakiś mniej ironiczny wydaje się. Taki bardziej zdystansowanie filozoficzny.


O końcu samotności na bawarską nutę

terezjasz1

Podoba mi się proza Benedicta Wellsa. Jest taka zabójczo konkretna, mało ozdobników, żadnych Proustowskich zdań. Krótko i na temat. A temat to samotność jednostki. Samotność dziecka (pomimo rodzeństwa), samotność w związku, samotność rodzica. Vom Ende der Einsemkeit to powieść krótka, ale znakomita. Głównego bohatera Julesa Moreau poznajemy jako szczęśliwe dziecko, otoczone miłością rodziców i rodzeństwa. Po śmierci rodziców w wypadku trójka rodzeństwa rafia do domu dziecka w Bawarii, tam Jules poznaje swoją nemezis Alvę, ale zejdą się dopiero po latach. I kiedy już wszystko wyda się ułożone, pojawią się dzieci to nadejdzie kolejna śmierć. Trudno jednak powiedzieć że to smutna powieść, wydźwięk jest raczej pozytywny, choć amerykańskiego optymizmu to tu nie ma. Ciekawe są za to rozważania o różnych traumach i ich wpływie na ludzkie życie. Sporo tu psychoterapii, chociaż ujęcie zupełnie inne niż u Fostera Wallace'a (opowiadanie Osoba w depresji)

Sam autor to też ciekawa postać, bo w końcu wnuk słynnego Baldura von Schiracha, od którego zdecydowanie się odcina poprzez zmianę nazwiska. Jak samo nazwisko wskazuje pochodzenie z Serbów połabskich.

Le roi est mort, vive le roi czyli nowy dyżurny pesymista

terezjasz1

Pesymistów mamy wielu acz ostatnimi czasy jednak kolega Hawking w ostatnim wywiadzie dał czadu swoim stwierdzeniem że mamy jako gatunek 100 lat na znalezienie sobie nowej planety do życia. Ale ponieważ natura nie znosi próżni to w jego miejsce nominujemy Yuvala Harariego, o dziwo historyka a nie fizyka. Ten jest optymistą i daje ludzkości nawet około millenium.

Sapiens to historia gatunku ludzkiego. Krótka i treściwa i mało pozytywna. Homo Sapiens wycięli w pień pozostałe rodzaje homonidów (urocze są rozważania na temat tego jak brzmiało by credo gdyby nadal istnieli neandertalczycy) nie mówiąc o ludobójstwach kolonialnych (ze słynną Tasmanią na czele), do 90% fauny i flory (patrz Ameryki, Australia, Nowa Zelandia) - ogólnie to mocno sympatyczny gatunek (gdzie się podziali ekologiczni zbieracze żyjący w zgodzie z naturą?- zostali w wyobraźni przytulaczy drzew) I dalej idąc w tym tempie to wykończy całą resztę chyba że scenariusz terminatora albo inny meteoryt załatwią sprawę za niego.

Skąd ten ewolucyjny sukces? Z umiejętności wiary w byty wyobrażone takie jak pieniądze, prawa człowieka czy państwa oraz sprzeczności (takie jak monoteizmy z ich masą aberracji) co umożliwia współpracę na masową skalę. Chociaż efekty tego są dość niejednoznaczne. Bo taka na przykład rewolucja rolnicza mogła wynikać z potrzeby wyżywienia budowniczych wielkiego sanktuarium - efektem było pogorszenie poziomu życia przeciętnego człowieka - ale też wzrost populacji i rozwój struktur politycznych. A potem tylko triada kapitalizm, imperializm i scjentyzm i voila. Wielkie znaczenie miała rewolucja scjentyzmu - zasada ignoramus czy sokratejskie "nie wiem". Rozdział o szczęściu niebezpiecznie nawiązuje do Nowego wspaniałego świata Huxleya.

Lektura trudna poznawczo acz łatwa do przyswojenia bo przystępnie i przejrzyście napisana. Pora na kontynuację czyli Homo Deus.

Żądło po iberyjsku na nutę Bella Ciao

terezjasz1

"Żądło" to film znakomity, aktorski popis Redforda i Newmana i pamiętny motyw muzyczny. Temat to sprytny przekręt na dużą kasę. A teraz przenieśmy akcję do współczesnej Hiszpanii, zamieńmy gangsterów na hiszpańską mennicę narodową, parę oszustów na jednego geniusza zbrodni i 8 starannie wyselekcjonowanych pomocników, jeden film na 22 odcinki,  a chwytliwy filmowy temat na wykonanie przez parę głównych bohaterów starej piosenki partyzanckiej z Włoch - albowiem przestępcy są zarazem rodzajem lewackich, antykapitalistycznych rewolucjonistów. Otrzymamy serial "La Casa de Papel".

Trzyma cały czas w napięciu i co ciekawe obywa się bez poprawności politycznej (za egzotykę robią Serbowie, Rosjanin i Ukrainiec, gej jest jeden i to z brodą i nie ma żadnego afroazjatyckiego transa), postaci są wyraziste i dobrze zagrane (Arturo, Andres, Angel), a krytyka społeczna niczym u Mankella czy Larssona  dostaje się politykom, służbom, z zawodu derektorom między innymi. I oczywiście są i wątki miłosne, i co ciekawe obywa się bez szczucia cycem

O człowieku który postanowił żyć cztery razy (1234)

terezjasz1

Imię Paul, nazwisko Auster, zawód literat. W związku ze słusznym wiekiem emerytalnym postanowił na piśmie rozważyć kwestię tego co by było gdyby na ten przykład ojciec mu umarł, albo rodzice się rozwiedli itd. Wyszły mu z tego 4 możliwe żywoty potomka żydowskiej klasy średniej z New Jersey urodzonego w połowie XX wieku. Żeby nie zdradzać puenty dodajmy jedynie że akcja skupia się na latach dziecięcych i młodzieńczych, czyli wspaniałych latach 50. i 60, zaś lejtmotiwem historii jest uczucie do kuzynki / przyrodniej siostry. W tle powojenne USA z ich problemami rasowymi, wojnami w Korei i Wietnamie i kluczowymi dla akcji czasami studenckich zamieszek roku 1968 i hipisowskiej kontrkultury. Główne miejsce akcji to oczywiście Nowy Jork wraz z przyległościami, a także Kalifornia i Paryż.

Co ciekawe mamy tu nawet sporo dłuższych zdań co niewątpliwie należy uznać za element rozwoju warsztatowego, jako że dotychczas, zwłaszcza w najbliższym chyba "Księżycowym Pałacu" były raczej takie krótkie, "ostre" według Marii Janion. Tak czy inaczej znakomita to lektura i bardzo specyficzna, ponieważ że względu na te same postacie pojawiające się w różnych wariantach w kolejnych wersjach żywa czasami można doznać pewnej konfuzji. Ale z drugiej strony jaka może być lepsza zachęta do ponownej lektury?

Duch Le Carre'a w epoce millenialsów

terezjasz1

Mini serial Collateral warty jest zarwanej nocy. Dla samej Carey Mulligan w roli pani detektyw, jedynej sprawiedliwej w starannie rozchełstanym płaszczyku, ale nie tylko. Jest to historia śledztwa w sprawie morderstwa pewnego syryjskiego, nielegalnego emigranta. Morderstwa jak się okazuje bynajmniej nie przypadkowego, ze służbami w tle. Mamy tu przegląd współczesnych problemów,czyli nielegalną imigrację, przestępczość, służby, molestowanie, LGBT, współczesne skomplikowane relacje seksualne a także prywatyzację usług publicznych. Tło jak skandynawskim kryminale, ale generalnie duch Le Carre'a, bo na końcu i tak sprawiedliwość nie zwycięża a trup ściele się gęsto.

A co do millenialsów, to mamy oczywiście przegląd ras i orientacji. Jest przystojny murzyn, azjatycka lesbijka i homoseksualny biskup, zaś czołowy dupcyngiel to oczywiście polityk. Jest też oczywiście pani nawiązująca do Margaret Thatcher, ale ona chyba akurat trochę bardziej kpiną jest z tromtadrackiej May.

No i te wesołe piosenki na początku odcinków jako dość surrealistyczne intro.

O jednym panu co umiał z Sokratesa zrobić poradnik

terezjasz1

I nie należy mu czynić z tego faktu zarzutu, bo zrobił to bardzo udatnie. Pan nazywa się Alain de Botton, i jak noblista Ishiguro jest Brytyjczykiem. I potrafi wyciągnąć z klasyków filozofii wskazówki dla codziennego życia co można powiedzieć bardzo w duchu tych najantyczniejszych z nich. I tak Sokrates może nas wiele nauczyć w kwestii niepopularności czy wierności sobie, Epikur w aspekcie bogactwa, Seneka w zakresie złości czy też nieadekwatnych oczekiwań, de Montaigne w kwestii poczucia własnej wartości, Schopenhauer o miłości a Nietzsche o porażkach życiowych i naukach z nich płynących (i konsekwencjach posiadania sumiastego wąsiska).

W praktyce jest to więc coś w stylu poradnika, ale zdecydowanie dalekiego od wszystkich guru samodoskonalenia typu Czarko Wasiutycz co to próbują psychologię przekazać za pomocą kurwy i chuja. Nie dość że filozofia klasyczna to jeszcze ten taki brytyjsko elegancki styl narracji, który sprawia że jest to przyjemność także estetyczna. Czemu takie rzeczy nie są na liście lektur?

Estetyzm i parafilie czyli uroki brytyjskości

terezjasz1

Paul Thomas Anderson filmy robi rzadko, ale jak już to warte uwagi. Boogie Nights, There will be blood, Inherent Vice, a teraz Phantom Thread. Po portrecie gwiazdy porno, kapitalisty arywisty czy ekranizacji Pynchona przyszła pora na romans. Oczywiście nie jakieś tam romantyczne pierdu-pierdu tylko historia wybitnego damskiego krawca skrajnego dziwaka i jego wielkiej miłości do cokolwiek przerażającej chwilami zagranicznej kelnerki. Parafilie i dziwactwa i najlepiej bez mówienia o uczuciach, lepiej podać wywarek ze sromotnika. Klimaty w sumie jak u Agaty Christie, tyle że be zbrodni. No ale jak się bierze Day-Lewisa do roli głównej to musi być postać z krwi i kości. Sam film Oscara dostał za kostiumy, bo sam pojedynek na miny z Vicky Krieps jakoś tak przydługawy i acz fascynujący, to jakoś nie uważam żeby było to jego największe aktorskie osiągnięcie. Swoją drogą, jeśli aktorka znana jest z faktu posiadania dziadka partyzanta to dość specyficzne.

Warto docenić wielką brytyjskość filmu, zarówno w relacjach postaci, potrawach, języku, wnętrzach, klasowości. Fakt że akcja dzieje się w latach 50. jeszcze to wszystko podkreśla.

Ogólnie bardzo dobrze, a mogłoby być z 20 minut mniej.


Redneck na łyżwach czyli o uroku wąsaczy

terezjasz1

Podobnież odtwórczyni głównej roli w "I, Tonya" Margot Robbie nie mogła uwierzyć że scenariusz nie jest wymyślony. Trudno się dziwić temu, że dla kogoś z klasy średnie wyższej realia życia klasy pracującej na granicy podklasy są tak dalece niewyobrażalne. Swoją drogą ciekawe, że to drugi  tegorocznych oscarowych nominatów, w którym jest tak wyraźna krytyka klasowa i obraz olbrzymiej przemocy w międzyludzkich relacjach a także abdykacji państwa i klas wyższych z roli pomocowej. Historia łyżwiarki Tonyi Harding, z punktem kulminacyjnym w 1994 przed olimpiadą w Lillehammer, kiedy to doszło do surrealistycznego zamachu na jej rywalkę Nancy Kerrigan. Zamach zaplanowali jej ówczesny już nie mąż i ochroniarz, czyli damski bokser do spółki z pełnym urojeń wielkościowych ochroniarzem. Sam zamach polegał na złamaniu rzepki kolanowej.

W tej historii wszystkich przykrywa jednak kapeluszem postać matki, Lavony, a którą Allison Janney zasłużenie zgarnęła Oscara. Seryjna mężatka, matka kilkorga dzieci, wiecznie z fajką w zębach i zawsze gotowa komuś przywalić, choćby tylko słownie. Pokoleniowy przekaz przemocy w rozkwicie i te ucieczki w szybkie małżeństwa. Jak się rozejrzeć dookoła, to w okolicy schematy takie same. Z tą drobną różnicą że sami sobie nie upolują futrzaków jak im futro potrzebne. Ale dobra zmiana już idzie w tym kierunku. 

Steampunkowa garam masala

terezjasz1

Jeśli weźmiemy szczyptę Hrabiego Monte Christo, dodamy Olivera Twista z nutka Chucka Norrisa i siedmiu samurajów, podlejemy sosem rzymskim a całość osadzimy w scenografii z Blade Runnera to otrzymamy Netflixowy hit lutego czyli Altered carbon. Piękna bajka, mnóstwo mordobicia i gołych cycków. W tle społeczeństwo przyszłości marzenie plutokracji - dzięki możliwości zapisu osobowości i wspomnień na czymś w rodzaju pendrive'a i bio-drukarkom 3d można zmieniać ciała jak rękawiczki - o ile się oczywiście ma na to pieniądze. Zaś kopia zapasowa siebie to już rzecz tyko dla milionerów. Prowadzi to do ciekawych paradoksów - 365 letni ojciec dwadzieściorga dzieci zastrzega w testamencie że na wypadek jego śmierci żadne z nich nic nie dostanie (żeby nie kusiło), zaś w przypadku posiadania kopii zmarłych członków rodziny można ich ożywić ( i przyprowadzić babcię w ciele akurat dostępnym w kostnicy). Ogólnie jest tu pole do refleksji na poziomie Ursuli Le Guin, ale sama fabuła to raczej coś w rodzaju Stalowoszczurzego Jasona Bourne'a.

W sumie szkoda najbardziej, że wycięli najwartościowszy wątek z całej trylogii Rycha Morgana (serial to tylko 1. tom) czyli kwestię Marsjan, bo ona w sumie najciekawsza w tym wszystkim. No ale to wymagałoby pisarza na poziomie Lema czy Cixina Liu żeby nie robić z tego komiksowej papki mordobiciowej.

Szkoda że z tego taki komiks, bo mogłoby być dużo więcej i lepiej. A gdyby tak wzięli i zekranizowali światów Hain?


Powrót marsylskiego Edypa czyli lwi pazur Żerara Rienowicza

terezjasz1

Słynny rosyjski aktor Żerar Rienowicz Depardieu ma  sobie niezwykłą charyzmę, bowiem nawet ze swoim wyglądem Obelixa przykrywa kapeluszem cały plan zdjęciowy. On w zasadzie chyba to nawet nie gra, on po prostu jest. W drugiej serii Marseille pada nawet dość trafne określenie granej przez niego postaci - to lew. Po prostu. Seria nadal koncentruje się wokół jego konfliktu z nieślubnym synem, i oczywiście kiedy po doskonalej przedostatniej scenie wydaje się że wszystko zmierza ku dobremu, ostatnia otwiera drogę do kolejnej serii (oby Żerar dożył chciałoby się go zobaczyć jeszcze w roli Gargantuły, pytanie kto jako Pantagruel - Dany Boon?). Trzeba powiedzieć, że seria zrobiła się mocno polityczna (dajemy odpór skrajnej prawicy - co ciekawe lokalni ultrasi są raczej z sercami po lewej stronie), i oczywiście nie obejdzie się bez uchodźców i terrorystów. A Benoit Magimiel w roli Edypa zaczyna dorastać do partnerowania Żerarowi o tyle, że się do niego upodabnia fizycznie (sylwetka, fryzura, ruchy). Ciekawe na ile to zamierzone scenariuszowo. Generalnie wielkie dzieło to nie jest bo i scenariusz nie powala, a role damskie bez wyrazu. Tylko dla Obelixa.

Kryminał po japońsku

terezjasz1

Rzadko zdarza się czytać dzieło autora nie europocentryczne. To wielce odświeżające doświadczenie., bo perspektywa jest zupełnie inna, podobnie jak realia społeczne czy zachowania bohaterów. Na rynku dominują kryminały skandynawskie i amerykańskie lub ich lokalne kopie. "Six four" Hideo Yokoyamy to rzecz na swój sposób skandynawska (bo dużo to elementu społecznej krytyki zwłaszcza w odniesieniu do policji), ale też nietypowa o tyle, że główny bohater nie tyle zajmuje się poszukiwaniem przestępcy (popełnionego 14 lat wcześniej porwania i morderstwa siedmiolatki) co walczy z wewnętrzną biurokracją i własnymi emocjami (w kwestii relacji z żoną i córką). Sposób pracy japońskiej policji i jej relacje z ofiarami czy prasą można określić mianem fascynujących w swojej egzotyce (kwestia zachowania twarzy!). Ciekawa propozycja dla zainteresowanych realiami kraju wschodzącego słońca. No i jeszcze kwestia języka, dość on wyrafinowany jak na literaturę popularną, nie dziw że sprzedano ponad milion egzemplarzy na krajowym rynku. Warto.

Historia miłosna w realiach rzeźni czy dwoje straumatyzowanych Madziarów

terezjasz1

Podstarzały, kaleki księgowy z przeszłością (ale zasadniczo bardzo dobry człowiek) i depresyjna sawantka (w rozumie jednostki chorobowej) weterynarz w realiach rzeźni, w otoczeniu podrywacza-rozkrawacza, kokietki sprzątaczki, nimfomańskiej sekretarki i sfrustrowanego kadrowego. W tle śledztwo policyjne w sprawie podaży byczej wiagry w płynie wspomagane rozerotyzowana panią psycholog.

Osią fabuły i historii miłosnej są wspólne sny pary bohaterów o parze jeleni w zimowy lesie. Efekt - nominacja do Oskara dla Ildiko Enyedi (i Złoty Niedźwiedź w Berlinie) za film "Teströl és lélekröl". Nie mogę odeprzeć wrażenia niezwykłego podobieństwa głównej bohaterki do postaci Sagi Noren z Broen. Główny bohater też ma wiele z Henrika. To w sumie dość ciekawy nurt kina, w którym silnymi postaciami są na pozór antybohaterki, taka feministyczna międzynarodówka antypsychiatryczno foucatowska. 

O imperialnym kapitalizmie i ekologicznej katastrofie

terezjasz1

Howard Zinn opisał „Ludowej historii Stanów Zjednoczonych” dziki kapitalizm kolonizatorów Ameryki Północnej. Zniszczono przyrodę, Indian, przy okazji jeszcze ściągnięto niewolników. A wszystko to dla zysku niewielkiej grupy plutokratów. Anne Proulx (lubi wkładać kij w mrowisku, patrz „Tajemnica Brokeback Mountain”) w „Drwalach” idzie tym samym tropem. Jest to wielowiekowa saga dwóch rodziny, rozpoczynająca się od przybycia do Kanady dwóch protoplastów rodów w wieku XVII. Skupia się na lasach, a konkretnie ich wycince i wypalaniu, wytępieniu Indian i ekologicznej katastrofie do której to wszystko doprowadziło. Jest tu duch Ursuli Le Guin i jej „Słowo las znaczy świat”. Podobnie jak u Zinna pojawia się to główna myśl, że kolonizatorzy w duchu chrześcijańskiej maksymy „czyńcie sobie ziemię poddaną” zniszczyli żyjące w ekologiczne równowadze z naturą ludy indiańskie. Czyżby więc z systemami społecznymi było jak z pieniądzem, gorszy wypiera lepszy?

Artysta kontra tyran, o granicach odwagi i integralności

terezjasz1

Skondensowane arcydzieło jak to u Juliana Barnesa. Uniwersalne kwestie wpływu władzy na sztukę, granic ludzkiej odwagi i wytrzymałości, i tego co się potocznie nazywa sumieniem a wszystko to na tle zaledwie 3 scen z życia Dmitrija Szostakowicza. W scenie pierwszej Szostakowicz czeka na klatce na NKWD w czasie wielkiej czystki, spakowany do wywózki. W drugie, już po wojnie jedzie do USA wygłaszać referaty potępiające własną twórczość i jest grillowany przez będącego na garnuszku CIA bratanka Nabokova. W trzeciej scenie, już w czasach kukurydzianego Nikity, starszy kompozytor wstępuje do partii aby objąć stanowisko szefa związku kompozytorów. Barnes pokazuje dylemat jednostki w systemie totalitarnym – z jednej strony Osip Mandelsztam, który Stalinowi odmówił (ba śmiał skrytykować wierszem) – i zmarł w obozie na Syberii, z drugiej Szostakowicz, który na zmianę zbierał laury lub obawiał się aresztowania a wszystko to za e same utwory. Oficjalnie komponował bombastyczne marsze, a po cichu tworzył kwartety smyczkowe. Ale po aferze z Lady Makbet mceńskiego powiatu oper już nie. Najbardziej odrażająca postać to bynajmniej nie tyran i wielki językoznawca Jossif Wissarionowicz ze swoimi budzącymi grozę telefonami lub wstępniaki w „Prawdzie” a mniej znany Tichon Chrennikow, generalny sekretarz związku kompozytorów ZSRR w latach 1948-91, który oprócz nagród Leninowskich i Stalinowskich zdążył się załapać na nagrodę prezydencką od Władimira Władimirowicza. Idealny reżimowy funkcjonariusz, który zawsze wyczuwał skąd wieje wiatr. W systemie totalitarnym nie można było mówić prawdy i przeżyć, Szostakowicz uważał się za duchowego i moralnego karła i zalewał wódką bo tak było łatwiej. Chciałoby się rzec, że dzieło to bardzo aktualne, Zelnik już chyba przeczytał. Kto następny?

Satyra surrealistyczna czyli o tym jak sztuka nie dogania życia

terezjasz1

Mam nieodparte wrażenie że jakby potencjalnym emigrantom pokazać kilka skandynawskich produkcji filmowych to nie chcieli by tam za nic uciekać. Tak jest z serialem kryminalnym Broen i tak ze zwycięzcą festiwalu w Cannes – The Square Rubena Östlunda. Główny bohater to na pozór wzorcowy dyrektor muzeum sztuki nowoczesnej, kulturalny, estetyczny i w ogóle. W praktyce to jakiś niemożliwy kabotyn bełkoczący postmodernistycznymi kliszami. Akcja filmu obraca się wokół telefonu komórkowego i portfela, które główny bohater traci w trakcie kradzieży, której poziom artystyczny performance’ów prezentowanych w muzeum. Dzięki aplikacji śledzącej w telefonie bohater ustala gdzie znajduje się jego telefon. Ponieważ jest to wielopiętrowy blok, postanawia zastosować odpowiedzialność zbiorową i wrzucić do wszystkich skrzynek list grożący konsekwencjami za niezwrócenie skradzionych przedmiotów.. Z drugiej strony w ramach promocji nowej wystawy w muzeum zatrudnia dwóch speców od promocji, których zadaniem jest wywołanie kontrowersji związanej z jednym z prezentowanych dzieł, tytułowym kwadratem. Wszystko to nic wobec wielkiej kolacji dla sponsorów z okazji wystawy. Jej największą atrakcją jest performer wcielający się w goryla z oddaniem które wzbudzi negatywne emocje nawet zimnych Skandynawów. Niejako po drodze bohater dokonuje również podrywu dziennikarki, ale zarówno sam podryw (ona udaje zespół Tourette’a) i sama schadzka (spór o kondom) przywodzą na myśl najlepsze momenty z filmów Bunuela. Ogólnie rzecz biorąc wszyscy bohaterowie tego dzieła sprawiają wrażenie oderwanych od rzeczywistości, tak głęboko zanurzonych w swoich własnych światach, że aż się czeka na jakieś dziecko które wyjdzie i powie że król jest nagi. Relacje międzyludzkie wydają się na pozór pozbawione emocji, ale w praktyce jest w nich pełno przemocy, chęci upokorzenia, okrucieństwa i strachu. Dekandentyzm cywilizacji tuż przed upadkiem. Pozorne kulturalne wyrafinowanie skrywa totalną pustkę.

O filmie zarówno pięknym jak i mądrym

terezjasz1

Gdy siły łączy James Ivory z Lucą Guadagnino oczekiwania są wysokie, a Call me by your name zaspokaja je doskonale. Mamy to estetykę i klimat niczym z Viscontiego czy Bertolucciego (późnego, z Ukrytych pragnień czy Marzycieli). Film to historia miłosna, o dojrzewanie, mądrym rodzicielstwie, przyjaźni. Wszytko w pięknych okolicznościach północnych Włoch. Ale nie ma tu ubersetetyzmu Sorrentino, raczej właśnie klimat lekko nadwyrężonej zębem czasu świetności, pewnego dekandentyzmu niczym u księcia Vicontiego)  W rolach głównych Armie Hammer i Timothee Chalamet, stanowiący doskonałe na pozór przeciwieństwo (albo podzieloenego Helmuta Bergera bo jeden przypomina go fizycznie drugi z charakteru). Ekstrawertyczny Amerykanin, niezwykle bezpośredni, kontra intrawertyczny, europejski wrażliwiec. W roli trzeciego czubka trójkąta Esther Garrel. I oczywiście Amira Casar jako matka,a Micheal Stuhlbarg jako ojciec.

Intrygi w zasadzie brak. Akcja rozgrywa się raczej w sferze emocjonalnej. Oto mamy profesora archeologii, jego żonę, syna i dziewczynę syna. Spędzają lato we Włoszech, na lato do ojca dołącza doktorant z USA. Między młodzieżą buzują hormony, a jak się to wyjaśnia w przedostatniej scenie, było to do pewnego stopnia zaplanowane. Rozmowa ojca z synem to majstersztyk. Syn to przypadek szczególny, bo zarówno erudyta, poliglota i muzyk,aż się zazdrość bierze na sam widok tego internacjonalnie wielkoburżuazyjnego habitusu.

I last but no least ten klimat lat 80-tych, te bluzki, spodnie z wysokim stanem, trwale i muzyka disco mieszana z Bachem.

Nominacja oscarowa w pełni zasłużona, bo takie filmy chce się oglądać. Piękne, i zarazem dające do myślenia. Polecamy zwłaszcza rodzicom i dorastającej młodzieży.

Obrazki z życia amerykańskiej prowincji

terezjasz1

Three Billboards Outside Ebbing, Missouri. Kandydat do Oscara w pełni zasłużony. Doskonałe aktorstwo (zwłaszcza w epizodach i na drugim planie), znakomity scenariusz i postaci. Historia matki, która próbuje skłonić lokalną policję do aktywniejszego poszukiwania mordercy swojej córki co wywołuje kaskadę wydarzeń cokolwiek nietypowych. W roli tytulowej Frances McDormand, znakomita jak zawsze, wybitny Woody Harrelson jako szeryf, świetny Sam Rockwell jako Dixon, a wisienka na torcie to Sandy Martin jako Mama Dixon. Co zwraca uwagę to poziom przemocy w relacjach międzyludzkich, wszyscy bohaterowie sprawiają wrażenie straumatyzowanych, pełnych resentymentów, reagujących przemocą. Kontrapunktem lokalny karzeł (Peter Dinklage – daleki od emploi Tyriona) czy Clarke Peters jako Abercrombie. Samo zakończenie również nie rozczarowuje. Happy endu niet, raczej coś w rodzaju otwartego zamknięcia. Naprawdę warto!

O Galu co nie bal się przekraczać granic etnocentryzmu w kinie

terezjasz1

 

Lubię filmy Fracois Ozona. Sprawdził się wielogatunkowo. Czy to musical niemalże jak „8 kobiet” cy komedia „Żona doskonała”, czy dramaty z nutą romantyzmu jak Piękna i młoda” albo nawet elementy thrillera czy tajemnicy jak w „Basenie”. Wydaje się że ostatnio właśnie jakoś go nęcą takie bardziej kryminalno thrillerowe sprawy, acz nie bez odpowiedniej oprawy.

Podwójny kochanek” to film jak na Francję nietypowy co najmniej z dwóch względów. Po pierwsze oparty na powieści amerykańskiej(!), ale dodajmy napisanej przez panią profesor Princeton, Joyce Carol Oates „The Lives of the twins”. Książka napisana pod pseudonimem, świadomie lżejsza od standardowej twórczości, w filmie zapleciona całkiem udatnie jednocześnie do pewnego stopnia budując napięcie, z drugiej to dramat psychologiczny, pełen zwrotów akcji. Pozorne to historia znerwicowanej eks-modelki i jej miłości do psychiatry, ale to tylko jedna z możliwych wersji.

Film jest niezwykle stylowy w sensie scenografii (wiele scen w muzeum sztuki nowoczesnej gdzie każda instalacja wydaje się nie bez symboliki), reszta wnętrz i kostiumy również dają radę. Szczególny smaczek to sceny lustrzane i aktorzy w podwójnych rolach. Kilka scen jest uroczo surrealistycznie humorystycznych, a do tego aktorzy wydają się dawać radę(starzy znajomi reżysera Marine Vacth i Jeremie Rennier).

No i ta dewiacja motoryzacyjna. To chyba pierwszy francuski film w którym jeżdżą Skodami(!!!) a na dodatek czarna Octavia występuję w roli czarnej wołgi.

Za to transgresję galijskiego moto-etnocentryzmu wielkie brawa. Kto wie do czego artysta posunie się następnym razem?może kostium zrobi Sława Zajcew?

 

Kiedy nadchodzi czas powiedzieć pas

terezjasz1

Problem seriali polega zwykle na wyczerpaniu się koncepcji fabularnej po co najwyżej 3 sezonie, czasem szybciej. Klasyczny przykład to „Prison Break”, gdzie po doskonale przemyślanej serii pierwszej na siłę doklejano kolejne. W przypadku „Black Mirror” wydaje się również że koncepcja doszła do ściany, bo zaczyna się już powtarzać i tworzyć system autopojetyczny.

Sezon czwarty jest nierówny. Najbardziej udany wydaje się ostatni odcinek „The Black Museum”, będący swoistą grą najlepszym odcinkiem całej serii czyli „San Junipero”. Problem to przenoszenie tożsamości, tu pokazany od decydowanie ciemniejszej strony niż poprzednio. Ten sam problem ale w ujęciu toporowskiej groteski znajdziemy również w odcinku pierwszym „USS Callister”. Ten hołd dla Star Treka i Stephena Kinga jednocześnie trudno będzie zapomnieć. Postać głównego bohatera znakomita a i przyszłość gier komputerowych zastanawiająca.

Najbardziej pozytywny to zdecydowanie odcinek czwarty czyli „Hang the DJ”, wbrew tytułowi, to raczej głos za duchem nie materią czyli uczuciami ponad algorytmem. Szczególnie polecany użytkownikom Tindera cz E-darling. Punkty należą się również za odcinek drugi czyli „Arkangel”. Stary dylemat czyli wolność a bezpieczeństwo tym razem w rekach reżyserującej Jodie Foster. Orwell na skalę domową i co z tego wynika. Ciekawy głos w dyskusji, zwłaszcza że w takich Niemczech już są ustawy zakazujące podobnych urządzeń.

Odcinek trzeci „Crocodile” ma dwie niewątpliwe zalety, raz plenery Islandii, dwa wizję świata gdzie istnieje ustawowy przymus poddawania się przeglądowi wspomnień za pomocą specjalnej mnemo maszyny (w wypadku przestępstwa czy innego zdarzenia). Kapitalna jest scena z policjantką która podsumowuje swoją rolę w nowej rzeczywistości. Natomiast sama fabuła jest mocno naciągana, a motywacje bohaterki niewiarygodne zupełnie.

Najsłabszy wydaje się odcinek piąty „Metalhead”. Szkocka postapokalipsa w wersji Terminator plus Mad Max ładnie wygląda w czerni i bieli a zakończenie uderza w czułe struny. Poza tym w zasadzie nie wiadomo o cym to miało być.

W sumie więc pora panie Booker zabrać się za coś innego. „The three body problem” Cixina Liu na serial rozpisać albo Ursulę Le Guin.

© Hominem unius libri timeo
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci