Menu

Hominem unius libri timeo

Kulturalne peregrynacje, dyskursywne fascynacje

Królowa SF i fantasy zawsze na propsie

terezjasz1

Ursula Le Guin miała niezwykłą wyobraźnię. W Sześciu światach Hain wymyśliła społeczności jednopłciowe czy w pełni komunistyczne, a także planety gdzie było kilka inteligentnych ras. W Rybaku znad Morza Wewnętrznego był między pomysł odwróconego rasizmu - tam gdzie biel skóry było symbolem niewolnictwa. W ostatnim wielkim zbiorze (ponad tysiąc stron) Wracać wciąż do domu mamy kolejne znakomite pomysły. Pierwszy to tytułowy utwór - wizja społeczeństw Kalifornii po ekologicznej zagładzie (skądinąd niezwykle aktualne) - gdzie połączenie sztucznych inteligencji z klimatami indiańskimi daje niezwykłe efekty. Nie jest to dystopia, ale utopia też do końca nie. Chociaż bliżej drugiego. Cudownym ćwiczeniem z wyobraźni są międzylądowania  gotowy katalog światów dla pozbawionych natchnienia autorów. Manipulacje genetyczne czy wizja ludzi z seksualnością gadów czy ptaków to jest coś.

Trylogia Dary, Głosy i Moce to z kolei powrót w klimaty fantasy. Czyniący Orrec Caspro i jego żona Gry (ich rodzinne strony to cudowna wariacja na temat szkockich Highlands), Memer z Ansul, pomocnica traktmistrza oraz niewolnik na drodze do wyzwolenia Gavir. Wszystkie ulubione motywy przemieszane. Są najeźdźcy, religijny obskurantyzm, bariery rasowo klasowe, Bildungsroman, rewolucjoniści i kojąca moc literatury i słowa. Naprawdę szkoda że to już wszystko.

Sprezzatura na korcie

terezjasz1

Są słowa nieprzetłumaczalne nawet nie w sensie dosłownym ale z powodu tak dogłębnego powiązania z kontekstem danego języka że trudno je od niego oderwać. Sprezzatura to termin ukuty przez Baltazara Castiglione w Dworzaninie doskonałym z 1528 roku. Miał on na myśli rodzaj swobodnej nonszalancji, sprawiania wrażenia, że wszystko co się robi jest naturalne i bez wysiłku. Oczywiście ten poziom perfekcji wymaga mistrzowskiego warsztatu. I kojarzy się z włoską gestykulacją. Uosobieniem tego terminu może być włoski tenisista Fabio Fognini. Technicznie doskonały, acz z brakami w sferze mentalnej. Jednakże gdy ma dobry nastrój to jego returny, woleje, skróty i dropszoty są właśnie wcieloną sprezzaturą. Kto nie wierzy niech obejrzy jego półfinał z Nadalem (albo od trzeciego gemu w drugim secie w ćwiartce z Coriciem) w turnieju w Monte Carlo.

Nieestetyczny brutal i brzydal Toshinaru Ushikawa

terezjasz1

W książkach Murakamiego oprócz jazzu jest zwykle przewodni utwór muzyki poważnej. I to zwykle w konkretnym wykonaniu. W 1Q84 padło na Sinfoniettę Leosa Janacka, wykonanie orkiestry z Clevland pod batutą Georga Szella z 1965. 

Za to w Kronice Ptaka Nakręcacza kluczowa była uwertura do sroki złodziejki. Co ciekawe wykonania nie wskazano więc pozwalam sobie na wybór Berlińskich Filharmoników z 1960 pod von Karajanem.

Zaś w w Śmierci Komandora z kolei pojawia Rosenkavalier Straussa, ponownie pod batutą Karajana, tym razem jednak z Filharmonikami Wiedeńskimi.

Żeby jednak nie zapomnieć o postaci tytułowej - Don Giovanni Mozarta pod batutą poprzednika von Karajana Wilhelma Furtwänglera (też z Salzburga i też z Wiedeńskimi)

Ale wróćmy do Ushikawy. Postać ta pojawia się zarówno w 1Q84 jak i Kronice ptaka Nakręcacza. Nie jest to dokładnie ten sam odrażający typ - w Kronice jest przedstawiony jako brutal i damski bokser z prefektury Chiba, w 1Q84 chociaż nadal estetycznie obleśny to już lepszy charakterologicznie no i z Saitamy. W obu wypadkach jest też była żona i dwie córki. Wzorzec antybohatera, acz nie można powiedzieć że postać negatywna.

W ogóle fascynujące są teorie na temat przenikania się czasów akcji obu powieści, tj. Kroniki i 1Q84 - w końcu łączy je czas i miejsce akcji. Ten klimat lat osiemdziesiątych bez wszechobecnych komputerów i tylko z telefonami stacjonarnymi i to nienazwane zło. W 1Q84 Murakami od razu odpowiada potencjalnym krytykom - w recenzjach opowiadania Fuka Eri pisze o pełnej znaków zapytania fabule, bardziej tworzącej klimat niż coś wyjaśniającej (co uznane jest za wyraz lenistwa autora).

Tym niemniej nie wątpię że każdy chciałby tak umieć pisać o niczym a jednak o wszystkim.

Oskarowe politykierstwo czyli dlaczego dobry film wygrywa z bardzo dobrymi

terezjasz1

Powiedzieć że Oskary są amerykocentryczne to jak stwierdzić że niebo jest niebieskie. Bywa jednak co roku, że Oskary wędrują do filmu bo podejmuje jakiś konkretny, aktualny temat (rasizm, mur, Meksyk, Me too) albo aktor ma określony kolor skóry czy orientację. W tym roku nie dostało się Glenn Close (czeka już dłużej niż Leoś DiC - 9 nominacji!), swoje zrobił gigant marketing Netflixa przy Romie, a najlepszy film dostał się Greenbook'owi (i Oskar za drugoplanową męską też). Skandynawska krytyka społeczna na ekranie.

Film to dobry, acz nie wybitny. Jest rzemieślniczo perfekcyjny, zarówno aktorsko (Viggo Mortensen jako Tony i Mahersala Ali jako Don - Oskar), scenariuszowo (schemat przedstawiciel grupy uprzywilejowanej z klasy niższej kontra elitarystyczny przedstawiciel grupy mniejszościowej, dowcipy sytuacyjne i słowne, emocjonalna końcówka w wigilię, kurczak jako symbol rasizmu i ten surrealizm końcowych lat segregacji rasowej na południu USA - można zaprosić czarnego jako gościa honorowego, ale do sracza już do się nie wpuści), scenograficznie (stroje, auta, KFC zanim zostało sieciówką). Ale to nie żadne arcydzieło do którego będzie się za ileś lat wracać. Szkoda, bo zarówno Złodzieje sklepowi czy Roma to filmy lepsze. O Faworycie nie wspomnę, bo to osobna kategoria. Dobra rozrywka weekendowa.



Detektyw wraca na południe

terezjasz1

True Detective zaczął w Luizjanie, potem skoczył do Kalifornii, a w trzeciej serii zawrócił znowu w czasie i przestrzeni. Do Arkansas 1980, 1990 i współcześnie. Nadal bardzo czerpie z tradycji społecznej krytyki skandynawskich kryminałów.

Bo oto mamy i problem rasowy (w rolach głównych Mahershala Ali jako Hays i Stephen Dorff jako West), kwestię traumy wietnamskiej (Postać Woodarda i Hays też), emancypację kobiet (najlepsza chyba Carmen Ejogo jako Amelia, żona Haysa, chociaż Mammie Gummer jako swawolna plebsoidka robi silną konkurencję, Scott McNairy jako mąż też przekonujący), problemy klasowe czyli rodzina white trash jako rodzice ofiar i ambity prokurator zainteresowany nie rozwiązaniem spraw a ich zamknięciem oraz kręcący wszystkim lokalny bogacz i chętni do wysługiwania się mu policjanci i inni. Są też oczywiście narkotyki, pedofilia i lokalni janusze którzy z karabinami dokonują swoimi pickupami zajazdów niczym dawna szlachta zagrodowa. Krótko mówiąc amerykański interior w pigułce.

Oprócz ciekawych postaci i aktorstwa podoba mi się też bardzo podwójne zakończenie. Taki promyczek nadziei po wielce efektownym wizualnie, ale smętnym w serii drugiej. I motyw detektywa z Alzheimerem też jeszcze nie ograny (3 plany czasowe dają pole do popisu). Warto czas poświęcić acz klimatu serii pierwszej trochę nadal brak.



Kompetentny rzemieślnik literackiej rozrywki Lucek Pasterz

terezjasz1

Im człowiek starszy tym bardziej ceni autentycznie dobrą robotę w każdym aspekcie. Od prostej wydawałoby się czynności zrobienia drinka w barze, przez umiejętne lądowanie samolotem aż po umiejętność pisania czy śpiewu. Stąd wieli szacunek dla postaci nieżyjącego już parę lat Luciusa Sheparda. Bo na tle na przykład słynnego grafomana (jego własne słowa) Pilipiuka to jak merol przy dacii.

Pisał całkiem sporo, zacząwszy dopiero po czterdziestce. I zakres miał dość szeroki, bo teoretycznie pisał fantasy i science fiction, ale też zatrącał o magiczny realizm. A tak naprawdę to po prostu pisał bardzo zgrabnym językiem ciekawe opowieści, w których można dostrzec nawiązanie do Poego, Lovercrafta czy Dashiela Hammeta. Widać też podobieństwa do stylu Sapkowskiego, różne zgryźliwe i trafne obserwacje na temat rzeczywistości czynione przez bohaterów.

Szczególne miejsce w twórczości pełni postać smoka Griaule. Jest to bohater całego cyklu opowiadań i powieści. Gigantyczny smok wprowadzony do zwyczajnego świata, oddzielonego tylko „najcieńszym z możliwych marginesem możliwości”. Smok tak wielki i potężny, że nawet po śmierci wywiera na świat olbrzymi wpływ.

Z kolei przegląd możliwości autora stanowi wydany w 2013 zbiór trzech mini powieści "Modlitewnik amerykański, Luizjański blues, Viator". Trzy zupełnie różne historie - pierwsza będąca rodzajem niebezpośredniej satyry na amerykański rynek duchowości (bo nie tylko religii). Oto były więzień wymyśla coś, co zapoczątkowuje nową religijną sektę, ale o dość antyklerykalnym i antyreligijnym charakterze. W kolejnej mamy nawiązanie do klimatów voodoo, trzecia zaś to w zależności od spojrzenia opowieść o światach alternatywnych lub rozpadzie osobowości czy też popadaniu w schizofrenię.

Wszystko to napisane stylem przyjemnym, nie drażniącym ani kursami kreatywnego pisania z pomocą 40 współautorów ani pseudo erudycją. Prosto i klarownie. Miły przerywnik i czas dobrze spożytkowany. Nadzieja polskiej fantastyki Marta Kisiel ma szansę mu dorównać, ale sporo przed nią do napisania. I musi jeszcze wymyślić swojego smoka.



Kiedy Kubrick spotyka Greenaway'a

terezjasz1

 Faworyta Yorgosa Lanthimosa to jakby połączenie z jednej strony estetyki zaczerpniętej z Kontraktu rysownika Greenaway'a (nawet te tablice z cytatami rozdzielające kolejne bloki filmu) z drobiazgowością Kubricka w Barrym Lyndonie (też mamy bohatera arywistę, zdjęcia przy świecach i dbałość o szczegół tak daleką, że w kluczowa scena ilustrowana jest muzycznie utworem Vivaldiego Il favorito).

 

Lanthimos w sumie pierwszy raz poszedł w kino gatunkowe. Film zachwyca estetycznie i aktorsko. Stroje, muzyka, wnętrza wszystko dopatrzone. Scenariusz też świetny, bo jak na to popatrzeć to mamy tu trochę odwróconą historię miłosnego związku równolatków, rozerwanego przez tę trzecią, młodą, chmurną, gniewną arywistkę. Różnica jest taka, że w roli typowo niewiernego męża występuje angielska królowa, a zdradzaną żoną jest księżna Marlborough (Rachel Weisz). Arywistka to krewna tej ostatniej, niejaka Abigail (Emma Stone), a w roli naganiacza występuje lider opozycji Harley (trudno rozpoznać Nicolasa Houlta pod tą peruką - daleko chłop zaszedł od czasów Tony'ego Stonema w Skins). Ale to nadal kino autorskie, więc motywy są podobne jak w Kle czy Lobsterze - poszukiwanie miłości, toksyczna bliskość, samotność, kontrola i dominacja. I ogólnie tragiczno - ironiczna wymowa całości. Tradycyjnie, uwaga na każdy detal. Na przykład afrykańskie wzory kostiumów czy jeans z którego bywają wykonane. Wybitną scenę tańca księżnej Marlborough z pułkownikiem Masham'em (skądinąd późniejszym mężem Abigail) i zbliżenie na twarz Olivii Colman w roli królowej Anny - to chyba za te 20 sekund dostała Oskara. Surrealistyczne wątki to na przykład wyścigi kaczek, króliki w sypialni królowej czy rzucanie pomidorami i pomarańczami w golasa. Finałowa scena ilustrowana jest sonatą Schuberta B-dur D 960 nr 21,którą sam Krystian Zimerman uważa za najsmutniejszą pełną rezygnacji, pomimo poczucia humoru obecnego w ty utworze. Ostatecznie wszyscy przegrywają, i królowa i obie faworyty. Ciekawe co Lanthimos nakręci jako następne. Może by coś Murakamiego na przykład albo Grę w Klasy Cortazara. To by było na jego miarę.

 

Na pożegnanie

terezjasz1

W związku z zamknięciem platformy blox.pl od 29. kwietnia zapraszam na

https://bertramtuprablog.home.blog/

Jerzy Jarniewicz i jego 100 wierszy wypisanych języka angielskiego

terezjasz1

Poezja jest sztuką wyrażania rzeczy niewyrażalnych w sposób zwięzły i przejrzysty acz pozostawiający pole do interpretacji. Na przykładzie 100 dzieł poetów tak różnych jak Michael Ondaatje, Seamus Heaney, Derek Walcott, Philip Larkin czy Jo Shapcott poniżej kilka krótkich inspirujących zachęt do pełnej lektury na przednówku.

Peter Didsbury

W Belgii

Nazwij to Belgią,

gdzie noce są non-stop błękitne,

a świt wypala znienacka jak strzelba.

Ten biały pokój, powiedz, jest w Belgii,

gdzie księżyc oświetla ci smukłą twarz

i twarz twojej kochanki, ani chybi Belgijki.

Dowiedz się, że w Belgii

belgijski jest każdy stopień i stan nocy,

a poranek wyskakuje jak sidła

przy białych, wysokich budkach,

w których Belgowie czekają na ptasi tryl.

Najlepsze dowcipy usłyszysz w Belgii,

w mrocznych bistro i piwnicznych pokojach

opowiadają je poetom smukli belgijscy policjanci

opłacani wierszami z belgijskiej podłogi.

Kiedy w Belgii pada, ludzie otwierają parasole,

ale tylko po to, by się pod nimi kochać,

albo by sobie pomyśleć, że tak robią inni Belgowie.

 

Michael Ondaatje

Zbieracz cynamonu

 

Gdybym był zbieraczem cynamonu,
dosiadałbym twego łoża,
a na poduszce
zostawiał pył żółtej kory.

Cuchnęłyby piersi twoje i ramiona,
nie mogłabyś przejść przez rynek,
nie wzbudzając w ludziach myśli o profesji moich palców,
które zawisły nad tobą. Ślepcy

wiedzieliby, do kogo podchodzą,
choćbyś się kąpała
w rynienkach z deszczówką, w strumieniach monsunu.

Tutaj na wyższym udzie
na tym gładkim pastwisku
niedaleko twoich włosów
lub fałdki
która biegnie przez twoje plecy. Ta kostka.
Znana będziesz pośród obcych
Jako żona zbieracza cynamonu.

Nie mogłem spojrzeć na ciebie
przed ślubem,
nigdy cię nawet nie dotknąłem
- twoja gorliwa, wścibska matka, brutalni bracia.
Zagrzebałem dłonie
w szafranie, maskowałem je
nad dymem płonącej smoły,
pomagałem zbieraczom miodu...

*

Kiedy pewnego razu pływaliśmy razem,
dotknąłem cię w wodzie,
a nasze ciała cieszyły się wolnością,
przytuliłaś mnie, nie zważając na zapach.
Wdrapałaś się na brzeg i powiedziałaś:

Tak właśnie dotykasz inne kobiety
żonę kosiarza traw, córkę palacza wapna.
I szukałaś na swoich ramionach
śladów nieobecnych perfum
i wiedziałaś
co to za łaska
być córką palacza wapna
po którym nie zostaje nawet ślad,
jakby w akcie miłosnym nikt do ciebie nie wymówił słowa
jakby ktoś cię skaleczył, nie dając w zamian rozkoszy blizny.

Dotknęłaś
brzuchem moich dłoni
w suchym powietrzu i powiedziałaś:
To ja jestem cynamonem, żoną
zbieracza. Powąchaj mnie

 

Philip Larkin

Taki niech będzie wiersz

Tatuniek z mamcią spieprzyli ciebie.
Może nie chcieli, lecz tak było.
I swoje wady ci przekazali,
Dodając kilka nowych – siłą.

Ale ich także spartaczyli
Głupcy w niemodnych kapeluszach,
Pół dnia tkwiąc w ckliwej surowości,
A drugie pół – wzajem się dusząc.

Człowiek swą nędzę odziedzicza,
Głębszą niż osad sprzed stuleci.
Wynieś się prędzej, pókiś zdrowy,
I sam nie majstruj żadnych dzieci.

Jackie Kay

Ktoś inny

Gdybym nie była sobą, byłabym kimś innym.
Ale przecież jestem kimś innym.
Ale przecież całe życie byłam kimś innym.

Nic w tym śmiesznego, że chodzisz po świecie
i na okrągło jesteś kimś innym: ludzie biorą cię
za kogoś innego, za kogoś innego bierzesz się sama.

 

Jo Shapcott

Nosorożec

 

Cóż innego mogę zrobić

z nosorożcem, który we mnie żyje,

niż nakarmić go świeżym sianem,

 

namaścić mu szorstką skórę

oliwą z migdałów,

aż zacznie świecić;

 

pszczelim woskiem

wypolerować dwa rogi

wyrastające mu ze łba,

 

obmyć wodą różaną

obie pary pokrytych łuską nóg;

a kiedy już będzie gotów,

 

niech zajdzie we mnie, w sercu,

najgłębsze bagnisko

i nich się w nim tarza, tarza.

Złodziejaszki ze złotą Palmą

terezjasz1

Z zasady filmy nagradzane w Cannes Złotą Palmą zły być nie może. Scenariusz, aktorstwo, reżyseria to trzy kluczowe kategorie. Dwie pierwsze powinny się rzucać w oczy, trzecia wręcz przeciwnie.

Historia opowiedziana w Złodziejaszkach czy też Złodziejach sklepowych to na pozór antyhistoria. Sportretowana rodzina serialowa nie jest. Babcia posiada domek i emeryturę. Córka pracuje w pralni, jej partner dorywczo na budowie. Jest też ciotka dorabiająca w czymś w rodzaju peep show oraz kilkuletni syn który nie chodzi do szkoły tylko pomaga w sklepowych kradzieżach bo rodzinie nie starcza do pierwszego. Pewnego dnia w drodze powrotnej z "zakupów" syn i ojciec spotykają małą dziewczynkę, którą postanawiają przygarnąć. Pozornie patologiczna rodzina okazuje się z czasem nie do końca tradycyjną rodziną, ale poziom komfortu emocjonalnego jaki zapewnia swoim członkom jest niezwykły. Symbolicznym wyrazem rodzinnej idylli jest wspólna wyprawa nad morze. Po niej do niej dochodzi do zaskakującego przesilenia i rozwiązania akcji, zaś końcowa scena chwyta za serce.

Samo aktorstwo jest też niezwykle. Z pozoru aktorzy w ogóle nie posługują się mimiką i są bardzo oszczędni w wyrażaniu emocji, a jednak ekran aż od nich buzuje. I są emocje podstawowe jak miłość rodzicielska, a z drugiej strony bohaterowie są niezwykle przyziemni i praktyczni.  Przy całej kulturowej odmienności Japonii (nawet medialny cyrk wydaje się tam być stonowany) ten film jest uniwersalny właśnie z powodu tych emocji.

Sam scenariusz też jet mistrzowski - bohaterowie okazują się zupełnie inni niż się mogło wydawać. Głęboko ludzcy i szlachetni pomimo pozorów. Pozostaje uchylić czoła przez Hirokazu Koreedą scenarzystą i reżyserem, który co ciekawe sam twierdzi że inspiruje się Kenem Loachem i ukończył te sam uniwersytet co Murakami.

Złodziejaszki ze złotą Palmą

terezjasz1

Z zasady filmy nagradzane w Cannes Złotą Palmą zły być nie może. Scenariusz, aktorstwo, reżyseria to trzy kluczowe kategorie. Dwie pierwsze powinny się rzucać w oczy, trzecia wręcz przeciwnie.

Historia opowiedziana w Złodziejaszkach czy też Złodziejach sklepowych to na pozór antyhistoria. Sportretowana rodzina serialowa nie jest. Babcia posiada domek i emeryturę. Córka pracuje w pralni, jej partner dorywczo na budowie. Jest też ciotka dorabiająca w czymś w rodzaju peep show oraz kilkuletni syn który nie chodzi do szkoły tylko pomaga w sklepowych kradzieżach bo rodzinie nie starcza do pierwszego. Pewnego dnia w drodze powrotnej z "zakupów" syn i ojciec spotykają małą dziewczynkę, którą postanawiają przygarnąć. Pozornie patologiczna rodzina okazuje się z czasem nie do końca tradycyjną rodziną, ale poziom komfortu emocjonalnego jaki zapewnia swoim członkom jest niezwykły. Symbolicznym wyrazem rodzinnej idylli jest wspólna wyprawa nad morze. Po niej do niej dochodzi do zaskakującego przesilenia i rozwiązania akcji, zaś końcowa scena chwyta za serce.

Samo aktorstwo jest też niezwykle. Z pozoru aktorzy w ogóle nie posługują się mimiką i są bardzo oszczędni w wyrażaniu emocji, a jednak ekran aż od nich buzuje. I są emocje podstawowe jak miłość rodzicielska, a z drugiej strony bohaterowie są niezwykle przyziemni i praktyczni.  Przy całej kulturowej odmienności Japonii (nawet medialny cyrk wydaje się tam być stonowany) ten film jest uniwersalny właśnie z powodu tych emocji.

Sam scenariusz też jet mistrzowski - bohaterowie okazują się zupełnie inni niż się mogło wydawać. Głęboko ludzcy i szlachetni pomimo pozorów. Pozostaje uchylić czoła przez Hirokazu Koreedą scenarzystą i reżyserem, który co ciekawe sam twierdzi że inspiruje się Kenem Loachem i ukończył te sam uniwersytet co Murakami.

Płoną koreańskie szklarnie czyli Murakami na ekranie

terezjasz1

Jeśli ktoś się mógł zabrać za ekranizację Murakamiego to chyba tylko Chang-dong Lee. Sam pisarz, scenarzysta i reżyser w jednym. I radę dał co najlepiej podsumowują komentarze widzów, którzy snują przeróżne interpretacje ponad dwugodzinnego filmu.

Scenariusz to z grubsza opowiadanie Murakamiego "Barn Burning". Mamy w sumie 3 główne i 3 drugoplanowe postaci. Po pierwsze protagonista, pisarz in spe Jong-su. Po drugie Hae-mi, jego koleżanka z liceum, specjalista od mimiki, której popisowy numer to obieranie i zjadanie pomarańczy. Po trzecie jej znajomy Ben, poznany w trakcie podróży do Kenii, coś w rodzaju zamożnego bananowego młodzieńca. Ponadto ojciec pisarza oskarżony o pobicie urzędnika, jego adwokat i koleżanka playboya. Oraz początkowo niewidoczny kot Hae-mi, z czasem się ujawniający. Z całkiem epizodycznych postaci należy wymienić matki Jong-su i Hae-mi oraz siostrę tejże. Piękna symetria, która nie dziwi, bo Chan ponoć poświęcił na ten film całe 8 lat.

Oprócz tajemniczego kota kluczową rolę w fabule odgrywa nietypowe hobby Bena czyli podkładanie ognia pod opuszczone szklarnie. O tak banalnym aspekcie jak miłosny trójkąt nie wspominając. Rozwinięcie akcji i zakończenie mają charakter dość radykalny aby nie zdradzać więcej. Ale pozostawiają spore pole do interpretacji, coś jak Rekonstrukcja Christoffera Boe (pisarz głównym bohaterem!). Coś do smakowania powoli niczym lody z martini i oliwy z oliwek albo lista hitów disco relaxu po lsd. Niech ktoś da facetowi pieniądz na ekranizację Śmierci Komandora. Choćby jako serialu.

Wiesław, Wiesław czyli dawka życiowych mądrości

terezjasz1

Po Traktacie o łuskaniu fasoli, najnowsza powieść Wiesława Ucho Igielne może się wydać nieco wtórna i ograniczona. Ale to chyba rzecz zamierzona. Tam była rozprawa powojennego inteligenta w pierwszym pokoleniu z całym życiem, to mamy medytację nad tym na ile wspomnienia kreują rzeczywistość i tym jak z perspektywy wieku widzi się utracone chwile młodości, zwłaszcza te pierwsze i potencjalne miłości. Co podsumowuje zdanie: "Wszystkie pytania, jakie sobie w życiu zadajemy, sprowadzają się do tego jednego, czy warto było."

Książkę warto przeczytać właśnie dla takich spostrzeżeń. Można się z nimi nie zgadzać (besserwiseryzm narratora bywa irytujący i na dodatek ciągle miesza plany czasowe więc czasami trudno się połapać) ale na pewno warto przemyśleć. Choćby taki:

"Człowiek odkrywając swoją obecność na świecie, jeszcze się wszystkiemu dziwi, a zdziwienie to korzeń pamięci. Niestety wraz z latami korzeń usycha, tak że w końcu nic nas już nie dziwi."

"Pomyłki prowadzą nas nieraz we właściwym kierunku, gdy zabłądzimy czy raczymy zapomnieć, gdzieśmy zmierzali."

"Człowiek musi kiedyś odnaleźć swoje życie. A im wcześniej, tym lepiej. Nie ma znów tak dużo czasu, żeby go marnować. Każdy dzień zmarnowany, to jakby o ten dzień człowiek skracał sobie życie."

"Za tę chwilę oddałby najdłuższe życie. Są takie chwile, które niczym słońce w soczewce skupiają w jeden punkt całe życie, wypalając w nas już na zawsze ślad. Kto wie czy nie dla takich chwil jedynie się żyje, nie dla iluś tam lat."

"Cóż, człowiek nie jest w stanie sprostać swojej pamięci, a tym bardziej jej zmusić, aby pamiętała to, co by chciał. Pamięć zresztą służy w równym stopniu zapominaniu. I na szczęście. Gdyby musiało się pamiętać wszystko, cokolwiek się przeżyło, pamięć by rozsadziła człowieka. A gdy jeszcze dodać, że pamięć nieustannie pracuje nad tym, co wczoraj, przedwczoraj i dawniej, aż po dzieciństwo, to gdybyśmy nie umieli zapominać, całe nasze życie płynęłoby w nas jak jakaś niewyobrażalna rzeka, która nie ma brzegów i płynie we wszystkich kierunkach."

"U podłoża przyjaźni czai się bowiem nieustanna obawa, czy nie zdarzy się coś takiego, czy choćby nie padnie jakieś niefortunne słowo, że dozna się zawodu i przyjaźń nagle runie. A im głębsza przyjaźń, tym bardziej zawód może się okazać dotkliwy, że przestanie się w ogóle wierzyć w przyjaźń. Obawa jest więc czymś w rodzaju anioła stróża przyjaźni."

"A normy ugniatają ludzką pamięć niczym ciasto, tak że chcąc, nie chcąc przystosowujemy pamięć do norm jakie nam te lub inne czasy wyznaczają."

Dla mnie to jest przede wszystkim książka o pamięci. O tym jak potrafi oszukiwać, pocieszać, fałszować ale i nieść nadzieję. Czasem pamiętać nie chcemy, czasem na odwrót. Albo kompletnie zmieniamy perspektywę z upływem lat. Warto to przemyśleć, tym bardziej że unikalne doświadczenia ludzi urodzonych przed II wojną odchodzą wraz z nimi. Wraz z nimi pamięć głodu czy Żydów. Lektura raczej nie dla niecierpliwych. Do refleksji zimowej.

Sycylijski Sokrates w spódnicy

terezjasz1

Była sobie niezwykła kobieta. Prawdziwie wolna. Widząca dalej niż inni. Oczywiście umarła w niemalże zapomnieniu. Ale powraca tryumfalnie, bo jej opus magum to rzecz którą każdy powinien znać. Po prostu. Bo jest niesamowicie mądra życiowym doświadczeniem. Nie teorią, ale praktyką relacji międzyludzkich.

Nazywała się Goliarda Sapienza (imię wybrane przez rodziców bo nie było go w kalendarzu litrurgicznym plus oczywiście jest znaczące). Jej rodzice tworzyli wolny związek, miała 10 przyrodniego rodzeństwa, a jej matka rewolucjonistka Maria Guidice zachwycała swymi makaronami podniebienia Lenina i Mussoliniego. W czasie wojny działała w ruchu oporu pomagając między innymi w ucieczce z więzienia późniejszemu prezydentowi Włoch Sandro Pertiniemu. Po wojnie grała u Viscontiego. Krótko mówiąc była to osoba niezwykła. Żyła zgodnie z głoszonymi ideałami. Jej poziom wolności pozostaje do dziś niedościgniony.

Poniżej kilka wyimków z posłowia jednego z jej partnerów i samej książki. Sztuki radości.

Angelo Pellegrino

 

Nigdy nie oglądała telewizji, a jedyny telewizor, jaki któregoś dnia dostała od któregoś z przyjaciół,wspólnie wyrzuciliśmy do kontenera na śmieci. Goliarda znała jeszcze poczucie przyzwoitości, telewizja w jej oczach była jej zaprzeczeniem. Czasami jednak w domach przyjaciół widziałem, jak pochłania ją telewizja, ale patrzyła na nią jak ktoś kto widział ją po raz pierwszy, przerażona i zafascynowana jej obscenicznością – to określenie Goliardy – nie wierząc, że można się posunąć aż tak daleko. Była sparaliżowana niczym pod spojrzeniem bazyliszka.”

 

Rzeczywiście, za każdym razem gdy pytano Goliardę, jak narodziła się jej idea Modesty, odpowiadała: „Dzięki Nabokovowi, który napisał że w Lolicie chciał opowiedzieć jedną z trzech historii, których żaden amerykański wydawca nigdy nie opublikuje. Dwie pozostałe to małżeństwo czarnego mężczyzny i białej kobiety albo białego mężczyzny i czarnej kobiety, które jest w pełni szczęśliwe, pełne światła i wydaje na świat wielką liczbę dzieci i wnuków; oraz historia o zdecydowanym ateiście, który wiedzie żywot pożyteczny i pełen pogody ducha i umiera we śnie mając 106 lat.””

 

Goliarda

 

To ostatni raz, kiedy próbuję, żebyś zrozumiał mnie ty i reszta tobie podobnych pyszałków. Ty nie należysz ani do państwa, ani do mnie i nie miej złudzeń, że wydaję rozkazy. Psiakrew! Co trzeba zrobić żebyście zrozumieli, że wiele pragnień zaszczepia się wam z góry, aby wami manipulować? Rozumiem że to jest trudne dla biedaka, który musi zarobić na chleb i nauczyć się czytać, zanim pojmie, kim jest i czego chce. Ale ty, ty masz i chleb, i książki, i nie możesz próbować wymówek. Jesteś odpowiedzialny za siebie i za tych, których jutro możesz pociągać za sobą.”

 

Małżeństw, Jacopo, jest absurdalnym kontraktem, który upokarza zarówno mężczyznę jak i kobietę. Według mnie, gdy się spotyka mężczyznę i on się podoba, kocha się go aż do...no póki trwa.[...] ponieważ zmysły idą za inteligencją i vice versa, wydaje mi się, że zakochujemy się dlatego, że z biegiem czasu nudzimy się samymi sobą i chcemy wniknąć w kogoś innego. […] Chce się wniknąć w innego, nieznanego, aby go poznać, uczynić swoim, tak jak książkę czy pejzaż. Jednak później, kiedy już jego albo ją wchłonąłeś, nakarmiłeś się tak, że ta druga osoba stała się częścią ciebie, zaczynasz się nudzić. Czytałbyś w kółko tę samą książkę?”

 

Nas napędza nieodparte pragnienie poddania sobie tych, którzy są wolni.

- Wiem. Ja też mam w sobie taką samą skłonność, ale jej nie podsycam. Ona nie prowadzi do niczego Mattia. Kiedy kogoś sobie podporządkowałeś, zostajesz jego niewolnikiem, bo musisz czuwać nad tymi, których pozbawiłeś mocy by sami o siebie dbali i teraz kleją się do ciebie jak remory.”

O samotności dyktatora

terezjasz1

Taka refleksja bieżąca po śmierci Adamowicza Pawła ps. Budyń. Przy wszystkich swoich wadach i słabościach był to jednak człowiek jasnej strony mocy co pokazuje dobrze tekst Manueli Gretkowskiej krążący po fejsbukach. W tym tekście porównuje ona nieobecnego na pogrzebie prezesa, osamotnionego pośród swoich wyznawców i akolitów z Adamowiczem, który miał przyjaciół i wychowanków. 

I tu ma rację. Kto pamięta jak skończył taki Saddam Husajn al-Tikriti? Samotny w jakiejś studni. A Muammar Kaddafi? Z Madurow w Wenezueli będzie to samo. Kto meczem wojuje. Podejście w duchu heglowskiej dialektyki poddaństwa i dominacji ma swoją cenę.

A refleksję zainspirowała myśl mojego kolegi po ciemnej stronie mocy sprowadzająca się do zdania "ostatnim człowiekiem który wszedł do parlamentu ze szczerymi zamiarami był Guy Fawkes". Tak, tak, to ten co chciał brytyjski parlament wysadzić. Ale przynajmniej katolik.

Brat Pack czyli roztańczona kongresmenka

terezjasz1

AOC jak to na nią mówią jest hitem amerykańskich mediów. W tej chwili już chyba bardziej rozpoznawalna od Kardashianek. Jak na nowego Lenina przystało w sercach prawicy budzi lęk i drżenie do tego stopnia że postanowili ją strollować nagraniem filmu z czasu z studiów, na którym to z grupą znajomych odtwarza scenę z kultowego filmu z 1984 - The Breakfast Club. Niestety trolling się nie udał bo wręcz napędził zwolenników. No kurna normalna dziewczyna co tańczyć lubi. Strach się bać po prostu.

A sam film to swoją drogą majstersztyk. Opowieść o grupie młodzieży licealnej skazanej na spędzenie soboty w szkolnej bibliotece w ramach kary za różne przewiny. Pozornie kompletnie różni od siebie zaczynają rozmawiać i nagle okazuje się jak dużo mają ze sobą wspólnego, a różny poziom majątkowy rodziców nie wpływa na ich kompetencje rodzicielskie, jedyne co się różni to formy przemocy. No i Emilio Estevez z Ally Sheedy oraz Molly Ringwald.
Co ciekawe w tym samym czasie nakręcono drugi z kultowej pary filmów - St. Elmo's Fire, gdzie obsada się z grubsza powtarza (stąd wzięło się określenie tej grupy aktorów jako Brat Pack, w nawiązaniu do słynnego Rat pack Sinatry i spółki). Tutaj mamy grupę przyjaciół już po studiach, a nie radzenie sobie z dorosłością objawia się między innymi narkomanią, seksoholizmem itp. Cudownie jest patrzeć na kadry retro, wszyscy pala, koka niczym guma życia.

Pani kongresmence dziękujemy za inspirację.

Misdżenderyzm atakuje

terezjasz1

Podczas gdy episkopat dzielnie zwalcza dżendera przybierającego postać edukacji seksualnej (nowy prezydent Brazylii używa tu terminu "kulturowy marksizm" - biedny Karol, żeby na stare lata takie świństwa mu imputowali), pogadanek na temat mowy nienawiści czy innych torebek Tinky-Winkiego (za poprzedniego Pis-u była taka rzecznik praw dziecka Sowińska co to się bała Teletubusiów), za wielką wodą otwiera się kolejny front. Słowem na topie jest "to misgender someone". Oznacza to nie zwracanie się do transseksualistów stosownym zaimkiem.  Problem jest o tyle że w sumie to nie wiadomo jak się zwracać do w takim angielskim mamy he, she, ze, zir. A na czole napisane przecież nie mają. O ile więc zrozumiałe jest, że jak chłop się zrobi na babę to nie należy mu mówić przez on, to jak mówić nie wiadomo. Problem pierwszego świata ale na peryferie też dotrze. I co wtedy?

O mądrej książce czyli uwag kilka o peryferyjności polskiej kultury

terezjasz1

Czytając Traktat o łuskaniu fasoli Wiesława Myśliwskiego (na rozgrzewkę przed Uchem Igielnym) nasunęła się myśl, że gdyby były to dzieło pisarza anglojęzycznego to mogłoby być bestsellerem światowym i już dawno by je sfilmowano z takim Antkiem Hopkinsem w roli głównej i Goslingiem w retrospekcjach. No ale niestety. Mimo wielkiego uniwersalizmu jest to powieść chyba zbyt osadzona w lokalnym kontekście. Chociaż może to etnocentryczne złudzenie?

To wielka powieść, nie tyle rozmiarem co zakresem. Całe życie opowiedziane w jeden wieczór. Od przedwojnia, przez okupację, budowę nowej Polski po 1945, przez emigrację i powrót po zmianie ustroju. Z jednej strony epitafium dla takiego prawdziwego wiejskiego życia, z drugiej historia awansu społeczno kulturowego, ale także wielka samotność i miłość jako jedyna nadzieja, oraz wyobraźnia jako ziemia istnienia. Książka którą zaczyna się rozumieć po przekroczeniu smugi cienia. Opowieść o ludzkim losie, przypadku i przeznaczeniu. I ten passus o kapeluszu. Naprawdę warto, poniżej kilka wyimków na zachętę.

Czy zastanawiał się pan kiedyś jak silnie jesteśmy związani z przeszłością? Niekoniecznie naszą. Zresztą cóż to jest nasza przeszłość? Gdzie są jej granice? To jest coś w rodzaju bliżej nieokreślonej tęsknoty, tylko za czym? Czy nie za tym, czego nigdy nie było, a co jednak minęło? Przeszłość to tylko nasza wyobraźnia, a wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą. Przeszłość, drogi panie, nie ma nic wspólnego z czasem, jak się sądzi. Zresztą cóż to jest czas? Zużywamy się tylko, ot, i to wszystko. Jak wszystko wokół nas. Życie jest energią, nie trwaniem, a energia wyczerpuje się. A wracając do przeszłości, ona nigdy nie odchodzi, jako że wciąż ją od nowa tworzymy. Tworzy ją nasza wyobraźnia, ona ustanawia naszą pamięć, nadaje jej znamiona, dyktuje jej wybory, nie odwrotnie. Wyobraźnia jest ziemią naszego istnienia. Pamięć jest tylko funkcją wyobraźni. Wyobraźnia jest tym jedynym miejscem, z którym czujemy się związani, którego możemy być pewni, że tu właśnie żyjemy. I także umierając, w niej umieramy. Razem ze wszystkimi, którzy kiedykolwiek umarli, a którzy pomagają i nam umrzeć.

Książki, powiedział mi kiedyś, gdy wyszedłem do niego na rusztowanie, to jedyny ratunek, żeby człowiek nie zapomniał, że jest człowiekiem. On w każdym razie nie mógłby bez książek żyć. Książki to także świat, i to świat, który człowiek sobie wybiera, a nie na który przychodzi.

Według mnie miłość to niedosyt istnienia. A my byliśmy obolali istnieniem.

A nie ma się co tak do starości spieszyć, nawet w takich czasach. Sama przyjdzie. Ho, ho, na skrzydłach przyleci. Spodziewa się jej człowiek, a mimo to czuje się zaskoczony. Nie ma w człowieku zgody na starość. Pan młody, nie musi pan jeszcze rozumieć, jak starość uwiera. Jakkolwiek i młodość czasem uwiera. Takie już jest życie, że w każdym wieku coś uwiera. Sam siebie człowiek najbardziej uwiera.

Nie podejrzewała zapewne, że gdy patrzyłem na nią, jak się rozbierała, czułem coś takiego, jakbym stawał się bogatszy o wszystkie jej obolałości, o jej cierpienia, o jej przemijanie. Też wiele przeżyłem, lecz nie było to dla mnie takie ważne jak to, czym ona była naznaczona. Nie, nie o to chodzi, że współcierpiałem z nią. Czy zresztą miłość potrzebuje współcierpienia? Chodzi mi o to, że odczuwałem jej istnienie jako moje istnienie. Pyta pan, co to znaczy? To, że jakby pan całe brzemię czyjegoś istnienia pragnął wziąć na siebie. Jakby pan pragnął tego kogoś w ogóle zwolnić z konieczności istnienia. Jakby pan pragnął za tego kogoś także umrzeć, żeby on nie musiał doświadczać swojego umierania. A to coś innego niż współcierpienie, jak się je na ogół rozumie.

Życia, choćby nie wiem ile się przeżyło, też się nie rozumie.



Bandersnatch czyli powrót czarnego lustra

terezjasz1

Można załamywać ręce, ponieważ mamy owy format rozrywki, to znaczy film z różnymi zakończeniami. W trakcie oglądania możemy wybierać różne rozwiązania i zobaczyć zupełnie inne historie. Można też nie klikać i obejrzeć wszystkie warianty niejako po kolei. Niestety albo stety wybory są tylko binarne bo inaczej byłoby to zajęcie na pół dnia (a tak maksymalnie około dwóch godzin).

Najbardziej ujmujące są stroje i wnętrza z początku lat 80. - tapiry na głowie, makijaże, punks not dead i złote aviatory. Sama historia też na czasie - wyobcowany programista z psychicznym problemem próbuje napisać grę na podstawie książki o binarnych wyborach, która doprowadziła autora do paranoi (przekonanie że kontrolują bo obcy doprowadziło go do morderstwa). Kawał dobrej scenariuszowej roboty, bo samych zakończeń jest chyba koło 4. Żadne nie jest za optymistyczne, ale cóż, w końcu to Black Mirror. Miły prezent na koniec roku.

Szogun zawsze na galerii czyli o aktywnej mimice na noworocznym koncercie wiedeńskich filharmoników

terezjasz1

Jest coś niezwykle uspokajającego w corocznym obejrzeniu noworocznego koncertu wiedeńskich filharmoników. Piękna sala, elegancka widownia i ostatnio młodsi dyrygenci co niewątpliwie nadaje pewnego dynamizmu. Dzisiejszy koncert poprowadził pierwszy nie maesto a zaledwie Konzermeister Christian Thielemann. Charyzmę ma. Może nie jest to żywiołowość Dudamela, ale widać radość i energię. W tym roku dodatkowym bonusem oprócz tradycyjnych występów baletu Opery Wiedeńskiej były filmik z kulis tej instytucji obchodzącej 150 lecie. Widok zza kulis pokazuje ile setek osób pracuje na tę garstkę solistów na scenie.

Od lat jednak przy okazji koncertu fascynuje mnie jedna postać. Szogun w kimonie po lewej. Co roku inne piękne kimono.

Szogun słucha Czardasza

Pan w kimonie, w towarzystwie małżonki, zwykle siedzący w środku prawej galerii. Ciekawe kim są skoro siedzą tam co roku a bilety są teoretycznie losowane? Fascynujące jest jego twarz, która jest dość płaska i przez to widać ruchy zarówno żuchwy jak i łuków brwiowych. Czasami tak się zasłuchiwał że wyglądał jakby spał. W sumie nieco przypomina Lee Marvina. Swoją drogą chwilami trudno się rozeznać czy przysypia czy tak bardzo się skupia. Tak czy inaczej mu zazdroszczę. Jedyna przewaga oglądania koncertu w telewizji to możliwość podziwiania primabalerin i primabaleronów baletu Opery Wiedeńskiej w tańcu. Królestwo za tę lekkość ruchów i równomierność umięśnienia.

© Hominem unius libri timeo
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci