Menu

Hominem unius libri timeo

Kulturalne peregrynacje, dyskursywne fascynacje

Brat Pack czyli roztańczona kongresmenka

terezjasz1

AOC jak to na nią mówią jest hitem amerykańskich mediów. W tej chwili już chyba bardziej rozpoznawalna od Kardashianek. Jak na nowego Lenina przystało w sercach prawicy budzi lęk i drżenie do tego stopnia że postanowili ją strollować nagraniem filmu z czasu z studiów, na którym to z grupą znajomych odtwarza scenę z kultowego filmu z 1984 - The Breakfast Club. Niestety trolling się nie udał bo wręcz napędził zwolenników. No kurna normalna dziewczyna co tańczyć lubi. Strach się bać po prostu.

A sam film to swoją drogą majstersztyk. Opowieść o grupie młodzieży licealnej skazanej na spędzenie soboty w szkolnej bibliotece w ramach kary za różne przewiny. Pozornie kompletnie różni od siebie zaczynają rozmawiać i nagle okazuje się jak dużo mają ze sobą wspólnego, a różny poziom majątkowy rodziców nie wpływa na ich kompetencje rodzicielskie, jedyne co się różni to formy przemocy. No i Emilio Estevez z Ally Sheedy oraz Molly Ringwald.
Co ciekawe w tym samym czasie nakręcono drugi z kultowej pary filmów - St. Elmo's Fire, gdzie obsada się z grubsza powtarza (stąd wzięło się określenie tej grupy aktorów jako Brat Pack, w nawiązaniu do słynnego Rat pack Sinatry i spółki). Tutaj mamy grupę przyjaciół już po studiach, a nie radzenie sobie z dorosłością objawia się między innymi narkomanią, seksoholizmem itp. Cudownie jest patrzeć na kadry retro, wszyscy pala, koka niczym guma życia.

Pani kongresmence dziękujemy za inspirację.

Misdżenderyzm atakuje

terezjasz1

Podczas gdy episkopat dzielnie zwalcza dżendera przybierającego postać edukacji seksualnej (nowy prezydent Brazylii używa tu terminu "kulturowy marksizm" - biedny Karol, żeby na stare lata takie świństwa mu imputowali), pogadanek na temat mowy nienawiści czy innych torebek Tinky-Winkiego (za poprzedniego Pis-u była taka rzecznik praw dziecka Sowińska co to się bała Teletubusiów), za wielką wodą otwiera się kolejny front. Słowem na topie jest "to misgender someone". Oznacza to nie zwracanie się do transseksualistów stosownym zaimkiem.  Problem jest o tyle że w sumie to nie wiadomo jak się zwracać do w takim angielskim mamy he, she, ze, zir. A na czole napisane przecież nie mają. O ile więc zrozumiałe jest, że jak chłop się zrobi na babę to nie należy mu mówić przez on, to jak mówić nie wiadomo. Problem pierwszego świata ale na peryferie też dotrze. I co wtedy?

O mądrej książce czyli uwag kilka o peryferyjności polskiej kultury

terezjasz1

Czytając Traktat o łuskaniu fasoli Wiesława Myśliwskiego (na rozgrzewkę przed Uchem Igielnym) nasunęła się myśl, że gdyby były to dzieło pisarza anglojęzycznego to mogłoby być bestsellerem światowym i już dawno by je sfilmowano z takim Antkiem Hopkinsem w roli głównej i Goslingiem w retrospekcjach. No ale niestety. Mimo wielkiego uniwersalizmu jest to powieść chyba zbyt osadzona w lokalnym kontekście. Chociaż może to etnocentryczne złudzenie?

To wielka powieść, nie tyle rozmiarem co zakresem. Całe życie opowiedziane w jeden wieczór. Od przedwojnia, przez okupację, budowę nowej Polski po 1945, przez emigrację i powrót po zmianie ustroju. Z jednej strony epitafium dla takiego prawdziwego wiejskiego życia, z drugiej historia awansu społeczno kulturowego, ale także wielka samotność i miłość jako jedyna nadzieja, oraz wyobraźnia jako ziemia istnienia. Książka którą zaczyna się rozumieć po przekroczeniu smugi cienia. Opowieść o ludzkim losie, przypadku i przeznaczeniu. I ten passus o kapeluszu. Naprawdę warto, poniżej kilka wyimków na zachętę.

Czy zastanawiał się pan kiedyś jak silnie jesteśmy związani z przeszłością? Niekoniecznie naszą. Zresztą cóż to jest nasza przeszłość? Gdzie są jej granice? To jest coś w rodzaju bliżej nieokreślonej tęsknoty, tylko za czym? Czy nie za tym, czego nigdy nie było, a co jednak minęło? Przeszłość to tylko nasza wyobraźnia, a wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą. Przeszłość, drogi panie, nie ma nic wspólnego z czasem, jak się sądzi. Zresztą cóż to jest czas? Zużywamy się tylko, ot, i to wszystko. Jak wszystko wokół nas. Życie jest energią, nie trwaniem, a energia wyczerpuje się. A wracając do przeszłości, ona nigdy nie odchodzi, jako że wciąż ją od nowa tworzymy. Tworzy ją nasza wyobraźnia, ona ustanawia naszą pamięć, nadaje jej znamiona, dyktuje jej wybory, nie odwrotnie. Wyobraźnia jest ziemią naszego istnienia. Pamięć jest tylko funkcją wyobraźni. Wyobraźnia jest tym jedynym miejscem, z którym czujemy się związani, którego możemy być pewni, że tu właśnie żyjemy. I także umierając, w niej umieramy. Razem ze wszystkimi, którzy kiedykolwiek umarli, a którzy pomagają i nam umrzeć.

Książki, powiedział mi kiedyś, gdy wyszedłem do niego na rusztowanie, to jedyny ratunek, żeby człowiek nie zapomniał, że jest człowiekiem. On w każdym razie nie mógłby bez książek żyć. Książki to także świat, i to świat, który człowiek sobie wybiera, a nie na który przychodzi.

Według mnie miłość to niedosyt istnienia. A my byliśmy obolali istnieniem.

A nie ma się co tak do starości spieszyć, nawet w takich czasach. Sama przyjdzie. Ho, ho, na skrzydłach przyleci. Spodziewa się jej człowiek, a mimo to czuje się zaskoczony. Nie ma w człowieku zgody na starość. Pan młody, nie musi pan jeszcze rozumieć, jak starość uwiera. Jakkolwiek i młodość czasem uwiera. Takie już jest życie, że w każdym wieku coś uwiera. Sam siebie człowiek najbardziej uwiera.

Nie podejrzewała zapewne, że gdy patrzyłem na nią, jak się rozbierała, czułem coś takiego, jakbym stawał się bogatszy o wszystkie jej obolałości, o jej cierpienia, o jej przemijanie. Też wiele przeżyłem, lecz nie było to dla mnie takie ważne jak to, czym ona była naznaczona. Nie, nie o to chodzi, że współcierpiałem z nią. Czy zresztą miłość potrzebuje współcierpienia? Chodzi mi o to, że odczuwałem jej istnienie jako moje istnienie. Pyta pan, co to znaczy? To, że jakby pan całe brzemię czyjegoś istnienia pragnął wziąć na siebie. Jakby pan pragnął tego kogoś w ogóle zwolnić z konieczności istnienia. Jakby pan pragnął za tego kogoś także umrzeć, żeby on nie musiał doświadczać swojego umierania. A to coś innego niż współcierpienie, jak się je na ogół rozumie.

Życia, choćby nie wiem ile się przeżyło, też się nie rozumie.



Bandersnatch czyli powrót czarnego lustra

terezjasz1

Można załamywać ręce, ponieważ mamy owy format rozrywki, to znaczy film z różnymi zakończeniami. W trakcie oglądania możemy wybierać różne rozwiązania i zobaczyć zupełnie inne historie. Można też nie klikać i obejrzeć wszystkie warianty niejako po kolei. Niestety albo stety wybory są tylko binarne bo inaczej byłoby to zajęcie na pół dnia (a tak maksymalnie około dwóch godzin).

Najbardziej ujmujące są stroje i wnętrza z początku lat 80. - tapiry na głowie, makijaże, punks not dead i złote aviatory. Sama historia też na czasie - wyobcowany programista z psychicznym problemem próbuje napisać grę na podstawie książki o binarnych wyborach, która doprowadziła autora do paranoi (przekonanie że kontrolują bo obcy doprowadziło go do morderstwa). Kawał dobrej scenariuszowej roboty, bo samych zakończeń jest chyba koło 4. Żadne nie jest za optymistyczne, ale cóż, w końcu to Black Mirror. Miły prezent na koniec roku.

Szogun zawsze na galerii czyli o aktywnej mimice na noworocznym koncercie wiedeńskich filharmoników

terezjasz1

Jest coś niezwykle uspokajającego w corocznym obejrzeniu noworocznego koncertu wiedeńskich filharmoników. Piękna sala, elegancka widownia i ostatnio młodsi dyrygenci co niewątpliwie nadaje pewnego dynamizmu. Dzisiejszy koncert poprowadził pierwszy nie maesto a zaledwie Konzermeister Christian Thielemann. Charyzmę ma. Może nie jest to żywiołowość Dudamela, ale widać radość i energię. W tym roku dodatkowym bonusem oprócz tradycyjnych występów baletu Opery Wiedeńskiej były filmik z kulis tej instytucji obchodzącej 150 lecie. Widok zza kulis pokazuje ile setek osób pracuje na tę garstkę solistów na scenie.

Od lat jednak przy okazji koncertu fascynuje mnie jedna postać. Szogun w kimonie po lewej. Co roku inne piękne kimono.

Szogun słucha Czardasza

Pan w kimonie, w towarzystwie małżonki, zwykle siedzący w środku prawej galerii. Ciekawe kim są skoro siedzą tam co roku a bilety są teoretycznie losowane? Fascynujące jest jego twarz, która jest dość płaska i przez to widać ruchy zarówno żuchwy jak i łuków brwiowych. Czasami tak się zasłuchiwał że wyglądał jakby spał. W sumie nieco przypomina Lee Marvina. Swoją drogą chwilami trudno się rozeznać czy przysypia czy tak bardzo się skupia. Tak czy inaczej mu zazdroszczę. Jedyna przewaga oglądania koncertu w telewizji to możliwość podziwiania primabalerin i primabaleronów baletu Opery Wiedeńskiej w tańcu. Królestwo za tę lekkość ruchów i równomierność umięśnienia.

Dojrzewanie po rzymsku

terezjasz1

Jeśli Włosi zabiorą się za film o młodzieży to efekt będzie na pewno estetyczny. Może nie będzie to uberestetyzm Sorrentino czy Tornatore z Konesera, ale jednak. Nawet bluzy dresowe czy t-shirty (od Fendi, bo jakże inaczej) robią swoje, a wnętrza to już w ogóle gotowy katalog Calia Italia. Tematycznie zaś wracamy do wzorca czyli Skins - młodzież samopas uderza w graniczne doświadczenia bo starzy coś nie za bardzo obecni i dający radę. Generalnie powstaje pytanie czy są jeszcze rodziny wydolne wychowawczo.

Tematycznie zaś serial dotyczy dojrzewania młodzieży płci z obojga z naciskiem na żeńską. Męską zarówno bardziej drewniana aktorsko jak i mnie aktywna taka jakaś. Jedynie szwarccharakter Saverio i dość niemrawy pomocnik Fiore z uroczymi dziarami jacyś bardziej żywotni. Rodzice jak to tradycja w serialach zobowiązuje, nieobecni, kabotyńscy, skłóceni, eskapistyczni, egoistyczni, gotowi na wszystko aby uciec od przytłaczającej samotności. W najlepszym razie samotni i tak skupieni na kształceniu jedynaka że nie zauważają jego orientacji (bo LGBT musi być). Co oczywiście ma tradycyjnie uzasadniać dążności młodzieży to ekscesów używkowo erotycznych. Jakoś to trochę takie łopatologiczne. W tle również wątek imigracyjny oraz Milf Hunting.

W skrócie serial Baby. Po raz kolejny szkoda niedopracowanego scenariusza, nieco drewnianego protagonisty oraz mimo wszystko łopatologii. Z drugiej punty za estetyzm i szwarccharakter na czasie.


God bless America / Sweet home Alabama

terezjasz1

Znalezione na Yahoo. Osobiście liczę na komendanta z Podlaskiego (tego od konfetti z kartonu oraz innych wyrazów wazeliniarstwa doskonałego) że się zainspiruje.

On Tuesday, the Opp Police Department shared a Facebook post, saying  that the recent homicides in the area are because young people “have turned away from God” and “embraced Satan” and that it’s time to “ask for God’s help to stop this.” The Facebook post was in response to two gunshot killings in two days in Covington County, near the Alabama-Florida state line.

According to Al.com, the post — which has since been deleted — read: “THIS PAST SUNDAY, A YOUNG MAN WAS SHOT AND KILLED IN KINSTON. MONDAY NIGHT, A MOTHER WAS SHOT AND KILLED IN NORTHERN COVINGTON COUNTY. THERE HAVE BEEN FIVE MURDERS IN COVINGTON COUNTY IN 2018. THESE MURDERS HAVE BEEN DONE BY OUR YOUNG PEOPLE. THIS IS HAPPENING BECAUSE WE HAVE TURNED AWAY FROM GOD AND EMBRACED SATAN. WE MAY HAVE NOT MEANT TO DO SO BUT, WE HAVE. IT IS TIME TO ASK FOR GOD’S HELP TO STOP THIS. IT IS TIME TO BE PARENTS AND RAISE OUR CHILDREN, NOT HAVE THEM RAISE US. IT IS TIME TO FULLY SUPPORT LAW ENFORCEMENT AND STAND BY THE OFFICERS AND DEPUTIES THAT ARE FAR TOO OFTEN HAVING TO WALK INTO THESE DANGEROUS SITUATIONS AND CLEAN UP THE MESS. FRIENDS, IT IS TIME TO STAND UP AND BE RESPONSIBLE, GROWN UP LEADERS IN OUR COMMUNITY. BOTTOM LINE, THERE ARE SHEEP; THERE ARE WOLVES AND THERE ARE SHEEP DOGS. WHICH GROUP DO YOU BELONG TO?”



Inżynier dusz i książka roku 2018

terezjasz1

Josef Skvorecky w Przypadkach inżyniera ludzkich dusz zderzał doświadczenie totalitaryzmów lat 30tych i 40tych w Czechosłowacji z epoką dzieci kwiatów na kanadyjskim uniwersytecie. Można to potraktować jako przykład jednostkowy. George Saunders postanowił pójść na całość. Jak sam stwierdził, niepotrzebnie adresował swoje opowiadania do zbyt wąskiej publiczności (ironia i wielopiętrowe metafory). Skoro ostateczny cel sztuki (i religii) to według niego wybicie ludzi z przekonania że śmierć ie odnosi się do nich i zmniejszenie budzonego przez nią lęku to powieść która ten cel realizuje z przytupem na wszelkie pochwały zasługuje.

To nie tylko majstersztyk językowy (oddanie głosu licznym bohaterom, każdy mówi swoim językiem, nie tylko archaizowanym, ale i skrajnie zróżnicowany (mamy kobiety, mężczyzn, dzieci, rasistów, niewolników, alkoholików, morderców, ukrytych homoseksualistów), ale i formalny (podział na głosy bohaterów pomieszany z cytatami z pamiętników różnych osób - opisują jedno zdarzenie a wszystkie szczegóły potrafią się różnić, nawet kolor oczu) i sam temat czyli rozpacz Abrahama Lincolna po nagłej śmierci syna w drugim roku wojny secesyjnej, kiedy to Południe jeszcze miało inicjatywę i Abe mocno powątpiewał w sens wielkiej rzezi którą zapoczątkował. Sama akcja powieści to w zasadzie jedna noc, gdy po śmierci syna Lincoln przychodzi w nocy na cmentarz  aby go przytulić i spróbować przywrócić do życia. Ta niezwykła scena (pieta!) przyciąga wszystkie zagubione dusze z bardo, buddyjskiego czyśćca czy przedpiekla, zależnie jak na to spojrzeć. Każda chce opowiedzieć swoją historię i (prawie) każda chce się uwolnić. Aby się uwolnić, trzeba jednak stanąć w prawdzie, a to niełatwe zadanie, dla wielu nie do przejścia.

Lincoln w Bardo to doskonała powieść. Nie chwyta mnie za gardło tak jak Yanagihara, ale budzi współczucie dla marności ludzkiego losu. Stąd inżynier dusz (bo autor to geolog z wykształcenia). Aż strach pomyśleć co Saunders weźmie na tapetę w dalszej kolejności. Skoro rozprawił się ze śmiercią to może czas na miłość?

O pisarzu fantasy z którego George Martin powinien brać przykład

terezjasz1

Robert M. Wegner to wzór pisarskiej regularności, co dwa lata dostarcza bowiem kolejny tom swojego cyklu o Meekhanie. Zaczęło się od dwóch zbiorów opowiadań z Meekhańskiego Pogranicza (Północ południe i Wschód zachód) a potem przyszły już powieści Niebo ze stali, Pamięć wszystkich słów i Każde martwe marzenie, gdzie można powiedzieć coś się wreszcie zaczyna klarować. Ale do końca jeszcze trochę. I dobrze bo miło jest zanurzać się z powrotem w ten świat, który zaczerpywał trochę i z Achai Ziemiańskiego (jest imperium i wrogowie), i trochę z wiedźmińskiego świata Sapkowskiego (ten styl zwłaszcza członków górskiej straży) a i też pewne podobieństwa można dostrzec Panem Lodowego Ogrodu Grzędowicza (ujawnia się też wątek jakby science fiction przy raczej twardym fantasy i też wątek problemów bogami mącącymi w świecie śmiertelników i te tajne służby w historycznym sztafażu).

W tomie piątym jak się rzekło wreszcie wychodzą na jaw prawdziwi protagoniści wydarzeń i naprawdę robi się ciekawie. Na scenę wchodzą bogowie i ich dawni rywale, wypchnięci poza Mrok z jednej strony nawiązanie do mutantów,  z drugiej widać lekturę Rybaka z Morza Wewnętrzego Ursuli Le Guin (powstanie niewolników, rasizm, różne rasy humanoidalne). Ciekawe czy na tomie szóstym cykl się zamknie. Byłoby szkoda, bo ciężko się oderwać od tego świata. Wciąga.

1983 czyli Człowiek z wysokiego zamku wersja polska

terezjasz1

Mam pewien zasadniczy problem z serialem 1983. Bardzo mnie urzekła wizja Polski jako atomowej i technologicznej potęgi z silną mniejszością wietnamską (Little Sajgon na Pradze; a postać pol-wietnamskiego gangstero oligarchy o kryptonimie Wujek woła wręcz o spin off), SB w pięknych mundurach będących kompilację przedwojennych polskich i tych waffen ss i pomieszaniem nysek z daewoo espero. Szklane reprezentacyjne budynki i bidę reszty. I ta punkowo grunge'owa Emilia Plater jako przywódczyni ruchu oporu. Świetna idea, ale niedopracowana co najmniej. Imię Ofelia / Effy mi się kojarzy co najwyżej z Effy Stonem ze Skins. Tamta też była buntowniczk, królową nocy i łamaczką serc. A już agentka Mossadu o kaszubskim nazwisku (ale z Wisconsin, stanu znanego negowania zasad demokracji, synonimu gerrymanderingu, to chyba nie przypadek) z etatem w armii USA to już po prostu cymes.  Świat wciągający jak w Altered Carbon albo i bardziej bo pompuje patriotyczne ego. No i ten Miecio Zbrojewicz jako generał Świętobór w takim błękitnie hallerowsko cesarskim mundurku.

Ale problem ten co zwykle czy średnio trzymający się kupy scenariusz zapewne z założeniem że jak się sprzeda to się dorobi drugą serię i wszystko wyjaśni. Albo jeszcze bardziej zachachmęci. W końcu dwaj główni bohaterowie przeżyli. Problem jest zasadniczo taki, że w zasadzie nie wiadomo jaki sens ma większość intrygi czyli wyjaśnianie próby kopiowania przez polską juntę pewnych zwyczajów junty argentyńskiej. Bo nie do końca wiadomo czemu by to miało służyć. Sam koncept główny czyli spisek ze służbami USA przeciw sowietom też nie do końca się kupy trzyma chociaż sam pomysł doskonały.

Wątki tkz. romantyczne też jak dla mnie mało przekonujące. Miłość silniejsza od śmierci, niekochana ale zakochana i zrobi wszystko, niezdecydowany gracz na dwa forty oraz ona po przejściach on z przeszłością.

Sens produkcji widzę w pewnym politycznym prezentyzmie. Przedstawiony wiat PRL turbo, w wersji narodowo katolickiej z prymasem wygłaszającym mowy do partyjno rządowej wierchuszki przypominał sceny z Abba Ojcze u Tadeusza w Toruniu. W sumie aż strach się bać że się towarzystwo zainspiruje.

Warto serial zobaczyć i mimo wszystko jestem za kolejną serią. Otwartych wątków dość. 

Ci, którzy przenikają spojrzeniem ciemności, są bardzo samotni

terezjasz1

Virginie Despentes kończy trylogię o Vernonie Subutexie jednocześnie wyostrzając jeszcze ostrze satyry (za sam islamo-goszyzm jakaś nagroda się należy) ale z drugiej prezentując najpierw radykalne rozwiązanie akcji by na koniec raz jeszcze wbić szpilę kapitalizmowi, który nawet masakrę wykorzysta do produkcji para religijnego kontentu. Może to kwestia mało uważnej lektury, ale ma się wrażenie że cała ta otoczka i ironia miały jedynie zamaskować dość banalną myśl przewodnią, mianowicie poszukiwanie jakiegoś głębszego sensu życia przez spauperyzowanych intelekturiuszy znad Sekwany. Skoro kapitalizm nie wynosi wszystkich łodzi a narkotyki to tylko iluzja (skala procederu większa niż w Ślepnąc od świateł, tamto był jakiś szeroki ale jednak margines, tu już mainstream), to może wróćmy do Durkheima i religijnego zjawiska eferwescencji zastępując mistykę muzyką? Niechby to netflix nakręcił. Ścieżka dźwiękowa będzie kosztować miliony, i pytanie kto będzie Bleachem?

Dla zachęty do lektury dwa fragmenty.

Prezentacja bohatera na miarę Mariasowskiej ironii. „Max mówił składnie i dużo. Trockistowska szkoła. Vernon nie bardzo rozumiał co się za tym kryje. O trockistach wiedział tylko tyle, że mają wyraźny pociąg do radykalnych feministek i utrzymują z nimi namiętne relacje seksualne, które dawały mu do myślenia. I czego im trochę zazdrościł. Max nie był wyjątkiem: gdy tylko zobaczył jakąś feministkę, musiał ją przelecieć. Chociaż nie było ich zbyt wiele w rockowym środowisku. Ale gość miał radar – potrafił namierzyć jedyny okaz zagubiony w pękającej w szwach paryskiej hali Bercy. Oprócz tego mógł wysnuć na poczekaniu teorię a temat dowolnej praktyki rynkowej, która mu odpowiada, i przedstawić ci ją jako radykalną, rewolucyjną metodę, a zatem bezdyskusyjną jak chrześcijański dogmat.” Pod koniec jednak ironia zamienia się w smutek:

„Zawsze był inteligentny, bystrzejszy od innych. Można od tego zwariować. Ci, którzy przenikają spojrzeniem ciemności, są bardzo samotni.”



Feministyczny Black Mirror czyli horrory kobiecości

terezjasz1

Książka rychło w czas można by rzec, bo wydana dwa dni przed aferą Weinsteina. 8 opowiadań, każde w innym stylu, ale zawsze o kobietach. Carmen Machado daje radę, choć nie łapie się wszystkich odniesień nie znając horrorów czy powieści grozy.

Pierwsze opowiadanie, Mężowski szew zachwycające. Przepisana wersja horroru o zielonej wstążce pełniącej rolę czechowowskiej strzelby na ścianie. I chyba mimo wszystko najbardziej pozytywne. Dalej jest coraz mroczniej. Inwentarz to ciekawe ćwiczenie stylistyczne - lista partnerów seksualnych jako sposób opowieści o apokalipsie w wyniku tajemniczej choroby. Z puentą w postaci parafrazy pewnego mizoginistycznego bon motu na temat menstruacji. W Ośmiu kęsach podjęty jest temat bariatrii i nienawiści do swego ciała. Temat wielce na czasie. Prawdziwe kobiety mają ciała to historia o kolejnej epidemii - kobiety stają się przeźroczyste. W tle moda i kwestie wizerunku. 

Moje ulubione to Wyjątkowo odrażające. Surrealistyczne streszczenia 272 odcinków serialu "Prawo i porządek" o parze detektywów. W w zasadzie dwóch. Boris Vian byłby dumny. Z jednej strony cudowne sformułowania ("Nienawidzę tego pieprzonego miasta, mówi Benson do Stablera wycierając oko serwetką z piekarni."),  drugie duchy, demony i podsumowanie że Nowy Jork to miasto na grzbiecie wielkiego potwora." Strach się bać że ktoś to nakręci.

Rezydentka to z kolei język wiktoriańskiego horroru przeniesiony do artystycznej kolonii w Nowej Anglii. Nawiedzony stary hotel, kiepska pogoda, pogrzebane wspomnienia o rodzącej się seksualności nastolatek, psychosomatyczne wysypki i łzy o temperaturze krwi. Tyle grzybów w jeden mały barszczyk a jakoś nie zgrzyta.

Towarzyskie trudności to ciężki kaliber. Historia ofiary gwałtu, która zaczyna słyszeć myśli bohaterów filmów porno.

Matki to zaś historia z kluczem, opowieść o macierzyństwie w związku lesbijskim z nawiązaniami do historii biseksualizmu Eleonory Roosvelt.

Ogólnie - mocna lektura, bardziej jednak formalnie i tematycznie niż fabularnie. Ciekawe jakby się sprawdziła w dłuższej formie albo jako scenarzystka

O smartfonie co zniszczył generację i zakodował umysły oraz jak się z tego wyciągnąć niczym baron Munchausen z bagna za włosy

terezjasz1

Nieco ponad rok temu Jean Twenge, profesor psychologii z San Diego opublikowała w The Atlantic artykuł pt. Have smartphones destroyed a generation? Przytaczając statystyki wykazała, że pokolenie iGen (czyli urodzeni po 1994) czyli tak zwani cyfrowi tubylcy wyraźnie różni się od poprzednich. Jego przedstawiciele są przywiązani do swoich telefonów tak bardzo, że wszystkiego poza siedzeniem przed ekranem robią dużo mniej niż poprzednie generacje. Miej pija, mniej uprawiają seksu, rzadziej robią prawo jazdy, radziej wychodzą z domu, mniej śpią, a przede wszystkim mają o wiele wyższe (do 150%) wskaźniki poziomu leku i innych zaburzeń psychicznych w porównaniu do millenialsów. 

I żeby tylko tyle. Po trafieniu na uczelnie okazują się być niegotowi na starcie z innym światopoglądem. Jonathan Haidt i Greg Lukianoff napisali o tym książkę pt. The coddling of the american mind. Identyfikują w niej 3 wielkie przekłamania poznawcze charakteryzujące pokolenie iGen.

1. "Co mnie nie zabije to mnie osłabi" - efekt tkz. paranoidalnego rodzicielstwa, gdzie zamiast szykować dzieci do drogi w dorosłość szykuje się drogę. Czyli dzieci nadmiernie chroni  nie pozwala im na przykład na samodzielną zabawę - ale to jest dziś mało trendy [W USA zdarzają się przypadki aresztowania rodziców którzy zostawią w aucie 11-latkę (na jej wyraźne życzenie skądinąd) na trzy minuty żeby wejść do apteki (tuż obok)].

2. "Zawsze ufaj swoim uczuciom" - wszyscy mają skłonność do myślenia emocjonalnego i efektu potwierdzenia (czyli widzenia tylko tego co potwierdza nasze przekonania) - a prawdą jest że nasze myśli mogą być naszym największym sojusznikiem ale i największym oszustem (to akurat Budda).

3. Życie to walka dobrych ze złymi - czyli skłonność do myślenia dychotomicznego i trybalizmu. A prawda jest taka że granica między dobrem a złem przebiega w sercu każdego człowieka.

Autorzy uważają, że te trzy przekłamania poznawcze w połączeniu z brakiem zróżnicowania ideologicznego i słabym przywództwem na uczelniach jest przyczyną ostatnich zamieszek na amerykańskich uniwersytetach. Przyczyn tych zjawisk upatrują w rosnącej polaryzacji politycznej, wzroście zaburzeń lękowych u adolescentów, paranoidalnym rodzicielstwie w klasach średnich i wyższej pozbawiającym dzieci szansy na samodzielną zabawę i podejmowanie ryzyk, wzroście uczelnianych biurokracji przyjmujących nadmiernie opiekuńcze postawy, i wypaczeniom politycznej poprawności w postaci rosnącego dążenia nie do sprawiedliwej równości szans a rezultatów (czyli nie chodzi o danie wszystkim szansy na np. udział w drużynie wioślarskiej. Ma być dokładnie równa ilość kobiet i mężczyzn wiosłujących najlepiej jeszcze z podziałem na rasy i orientacje seksualne).

Jak to zwalczać? Po pierwsze ograniczyć ustawowo social media. Bo tam się dzieje zarówno polaryzacja (bańki informacyjne) jak i przemoc.  Po drugie więcej samodzielnej zabawy dla dzieci i trochę medytacji cz mindfulness może uczynić cuda. Po trzecie zamiana polityki identyfikacji prze wspólnego wroga polityką identyfikacji jako jednej ludzkości. Czyli walka z uprzedzeniami przez grupowe znajdywanie wspólnych celów. I to promuje nawet legendarna matka tygrysica Amy Chua (ta od chińskiej tresury córek). Po czwarte, uniwersytety muszą wrócić do korzeni czyli poszukiwania prawdy.

Autorzy wskazują też jak można pomóc sobie osobiście za pomocą terapii kognitywno - behawioralnej. Po pierwsze, odczuwania lęku i depresji zapisać sobie co się czuje. Po drugie ocenić moc uczucia na skali np. 1-10. Po trzecie napisać co się stało i jakie pojawiły się automatyczne myśli. Przeanalizować te myśli w kontekście kategorii zaburzeń poznawczych wymienionych poniżej. Po piąte przeanalizować dowody za i przeciw myślom. Po szóste zapytać siebie co powiedziałby na myśli i opinie ktoś kto się z nami ie zgadza. Po siódme rozważyć ponownie wydarzenia i ocenić bez zaburzeń poznawczych. Po ósme spisać nowe myśli i uczucia. Po dziewiąte ponownie ocenić na skali moc swoich negatywnych uczuć. Dla leniwych są nawet specjalne aplikacje.

Same kategorie (tu tylko wyliczenie, szczegóły można wyszukać w duckduckgo; [Albo Leahy, Hollan i McGinn]; (google to część problemu ale o tym u Yuvala) to: czytanie w myślach, przepowiadanie przyszłości, myślenie katastroficzne, etykietowanie, negowanie pozytywów, negatywne filtrowanie, przesadne generalizowanie, myślenie dychotomicze, trzebofilia, personalizowanie, obwinianie, niesprawiedliwe porównania, orientacja na żal, gdybanie, wnioskowanie emocjonalne, niezdolność do falsyfikacji, skupienie na ocenie.

Krótko mówiąc doszliśmy do etapu że nie tylko jednostkom ale i  społeczeństwom jako całości potrzebna jest psychoterapia. Drzewiej Indios Bravos mieli song pt. Metal Revolution. Można by rzecz the time is now.

Gdy stary mistrz przestaje się napinać czyli wyschnięta studnia nęcącą mistyczną pustką

terezjasz1

Murakami dawno nic nie napisał, i tęskno za tym stylem opowieści, pozornie pozbawionej jakichś wielkich wydarzeń, pełnej raczej drobnych zdarzeń i wewnętrznych refleksji postaci. Ale nie tak jak Mariasa, gdzie każdy włos rozkłada się a czworo i ironizuje. Nie tu się niespiesznie wykonuje różne, drobne i często ekscentryczne czynności.

W „Śmierci Komandora” mamy powrót do najlepszych chwil, z dodatkowym narzutem erudycyjnych skojarzeń (klasyczne opery, zwłaszcza Don Giovanni Mozarta) i silną komponenta artystyczną – w roli głównej tym razem malarz, który po porzuceniu przez żonę trafia do górskiej daczy gdzie można powiedzieć wplątuje się w skomplikowane intrygi rodzinne i erotyczne z silną jak to u Murakamiego komponentą nadprzyrodzoną. W tle zaś historia zamachu na prominentnego ss-mana z czasów Anschlussu.  Do tego jeszcze rozważania o malarstwie w stylu japońskim, francuskiej kuchni i architekturze. Przysmak literacki bo prostota tego stylu w połączeniu z ilością różnych wątków  zwyczajnych i niezwyczajnych ma moc. I naprawdę się to czyta aż za szybko.

Zasadniczo czekam z utęsknieniem na tom drugi. Jak to się skończy, zwłaszcza wątek cokolwiek bezpretensjonalnej 13 latki, której rozmowa z protagonistą stała się podstawą do zakazania książki w Hongkongu (o nowej kulturze safetyzmu w czasach generacji iGen i paranoicznego rodzicielstwa popełnił dzieło Jonathan Haidt, cenzura prewencyjna to przykładowy mechanizm zabezpieczania młodzieży przed treściami mogącymi wywołać niemiłe uczucia, ale o tym innym razem);a w ogóle japońskie podejście do seksu i cielesności, nieskażone religiami objawionymi z bliskiego wschodu jest fascynujące i takie zdrowsze jak się wydaje. CDN

Gdy poeta książkę pisze a inny tłumaczy ściskają się z żalu sempiterny literackich partaczy

terezjasz1

Powieść „Zimowe Królestwo” Philipa Larkina to rzecz najbardziej angielska jak być może. Anglia w latach 30. I już w trakcie wojny. Deszcz i wycieczki rowerowe oraz pełna kontrola emocji. Wiktoriańskie dziedzictwo ludzkiej samodyscypliny i samokontroli, które niestety zanikło Podobnie jak imperium). Pełen przegląd znanych kwestii, tj. problemy z ogrzewaniem, kiepskie jedzenie, problem z ekspresją emocji, problemy klasowe. Świetnie dobrana jest okładka (obraz Stephen Lowry’ego), bo w sumie można ją potraktować jako taką miniaturę ogólnego klimatu powieści. I przede wszystkim nie jest to powieść ku pokrzepieniu serc. Radości to tam wiele nie ma, raczej coś co można określić mianem pogodnej rezygnacji. Z młodzieńczej brawury, oczekiwań i ambicji wyłania się dojrzały minimalizm, i tak dość budujący na tle desperacji Anstey’a (te monologi) i panny Parbury (mini traktat o samotności) czy pustki panny Green.

Na dodatek to tez uczta formalna, bo zarówno trójdzielna struktura, jak i modelowe postaci prezentujące określone osobowości i wybory, a także sam język (kto na przykład używa dziś przymiotnika złachany?), ale to też zasługa tłumacza. Z posłowia wynika że zamiarem autora był staranny dobór słów, tak aby się powtarzały. I zasługa Dehnela jako tłumacza też spora choc jak to  poetą wszystkiego przełożyć się nie da. Generalnie jest to proza którą się świetnie czyta, jest piękna w swojej wysublimowanej prostocie. Precyzja i celność fenomenalne,ot choćby taki fragment

„Zajęły razem podwójne siedzenie na dolnym pokładzie. Panna Green bliżej przejścia, przy czym w autobusie zrobiło się tak tłoczno, że nad głową wisiał jej teraz kosz zakupów, z którego zwisał koniec pora. Przy każdym ruchu właścicielki ocierał się o włosy panny Green. Ale patrzyła niemo przed siebie i nie powiedziała ani słowa”.

A sama fabuła to historia świadomie niedopowiedziana. Najprawdopodobniej niemiecka Żydówka, Catherine jako nastolatka koresponduje z Anglikiem Robinem. Kiedy ten zaprasza ją na 3 tygodniowe wakacje w Anglii, wyobraża sobie wielką romantyczną miłość, ale rzeczywistość jest dość daleka od romantycznego ideału. Po latach, już w czasie wojny spotyka się z Robinem ponownie, tym razem to jednak ona jest bardziej świadoma i zdecydowana, a on znajduje się w roli suplikanta. Wszystko to pośród wspaniałych brytyjskich niedopowiedzeń. Do tego dochodzi jego starsza siostra i jej absztyfikant o niesamowitym wręcz nazwisku i talencie do zanudzania (kapitalna jest ta opowieść o tygrysach).

Uwagę zwracają też poetyckie opisy zimy na początku części I i III. Ale najcenniejszy jest ten zdroworozsądkowy umiar, spuszczanie powietrza z ideałów. Nie chodzi ani o krzepienie serc fikcją, ani odbieranie nadziei. O ogląd ejdetyczny (nie bójmy się aktów naoczności kategorialnej) i dopasowanie oczekiwań do realiów. Znakomita literatura, aż dziw że tego nie sfilmowali. Keira jak Catherine Cumberbatch jako Robin, Ewan mógłby Ansleya. 

Przełamując fale czyli jak nie dać się lenistwu

terezjasz1

A teraz z innej bajki. Ponoć po 27 roku życia zaprzestaje się poszukiwań muzycznych, tzn. przestaje się słuchać nowych artystów i gatunków. To wnioski z analiz Spotify czy jakoś tak.

W czasach gdy muzyka całego świata dostępna jest na wyciągnięcie ręki to w sumie kwestia chęci ale i pewnej kompetencji. Ze względu na bańki poznawcze tworzone przez algorytmy w google, youtube, fejsie czy innych trudno wyjść poza pewne schematy. System można zhakować na dwa proste sposoby.

Po pierwsze obejrzeć film lub serial i pójść tropem jego ścieżki dźwiękowej. Np. dzięki serialowi Elite można poznać takiej hiszpańskie ciekawostki jak La Casa Azul, Tangana czy Zazo i idąc tropem ich wytwórni odkryć kolejnych. Takie na przykład Nunca nadie pudo volar oplecione wokół historii latającego krawca Franza Reichelta to w zamyśle autora chyba coś ambitniejszego niż dyskotekowy numer.

Drugim sposobem wyjścia poza bańkę jest tunein.com. Można sobie posłuchać radia z dowolnego kawałka świata. Na przykład stacji Pop&Rock do Brasil prezentującej wg. opisu największe przeboje lat 80. i 90. Ale tylko brazylijskie więc jest to prawdziwa terra incognita dla większości.

Nawet jeśli wola to fikcja jak zdaje się wynikać z obecnego stanu badań nad umysłem to jednak warto trochę się powysilać. Choćby dla profilaktyki chorób neurodegeneracyjnych.

O porządnie napisanym zdaniu wielokrotnie złożonym czyli Bertram Tupra is back

terezjasz1

Ci, którzy chcieli się czegoś więcej dowiedzieć o tajemniczym Mr. Tuprze (vel Reresbym, Ure, Dundasie) mogą się nieco rozczarować. Nadal pozostaje enigmatyczny. Dowiadujemy się jedynie że absolutnie nie posiada żadnych skrupułów (Żeby kogoś oszukać, wrobić lub uwieść) oraz że posiada specyficznie słowiańskie usta w typie przyssawki. I niestety wskutek błędu korekty pod koniec powieści zostaje nawet przezwany Bertradem. Nie dość że przedstawiany jako nieudolnie naśladujący styl klas wyższych arywista (czego nie zamaże nawet oksfordzki akcent bynajmniej nie udawany - ponoć historyk to średniowiecza) o kryminalnej przeszłości to jeszcze o francuskim imieniu.

Ponadto możemy podziwiać pięknie napisane i przetłumaczone zdania wielokrotnie złożone (chwała Ci Pindelu). A tak w ogóle to mowa o powieści Berta Isla. To dość specyficzna wariacja na temat trylogii Twoja Twarz Jutro. Też mamy Oksford, tajne służby i cały sztafaż  ale ty razem główna bohaterka to niczego nieświadoma żona (do czasu). To w dużej mierze opowieść o tęsknocie i samotności w związku. Ale to już kwestia interpretacji. Na zachętę jeszcze 4 cytaty. Ksawery Maryśki trzyma poziom jeśli chodzi o ironię.

Intuicyjnie przeczuwałam, że ci, którzy noszą kucyki, nie są godni zaufania; na widok faceta z japońskim koczkiem lepiej przejść na drugą stronę ulicy i wziąć nogi za pas, zwłaszcza jeśli jego celem było zrekompensowanie łysiny i odwrócenie od niej uwagi. Wszyscy bywamy frywolni i arbitralni, toteż ja uczepiłam się tej groteskowej ozdoby głowy i podjęłam decyzję, że nie schodzę. Uznałam to za szczyt afektacji i kretyństwa.

 Czekał na niego wymoczkowaty elegancik, z pozoru niegroźny i mówiący z pretensjonalną starannością, wymuskany i z absurdalna dickensowską falą na grzywce, jakby nosił na głowie polichromowaną ramę obrazu (włosy miał dwubarwne, blond i kasztanowe, to było bardzo popularne w latach dziewięćdziesiątych). Dmuchając na tę swoją ramę nad czołem, za bardzo zapuścił włosy i teraz wyglądało to, jakby miał na głowie skamieniałą jaszczurkę, pewnie stosował dużo lakieru.

Dostrzegł wykładowczynię z Sommerville College, którą jak wszyscy w mieście znał z widzenia, kobietę równie elegancką jak zgrabną, bardzo atrakcyjną w kwiecie swoich czterdziestu lat, o dużych zmysłowych ustach działających na wyobraźnię, obdarzoną rzucającymi się w oczy kształtami, dość nietypowymi w tym gronie, doprowadzała do szału wszystkich swoim heteroseksualnych kolegów, acz wcale ne stanowili widocznej większości na tym uniwersytecie; oglądała książki botaniczne, może to była jej specjalność.

 Choć ów znajomy Wheelera nie był tak naprawdę przystojny i być może jego największym atutem był tupet, należało przyznać, że całość wydawała się atrakcyjna i że efekt ów przysłaniał niektóre niezbyt korzystne albo wręcz obiektywnie odpychające aspekty; nos nieco prostacki i chyba skrzywiony w wyniku jakiegoś dawnego uderzenia lub całej ich serii, jakby należał do typa który od dzieciństwa angażował się w bijatyki i może uprawiał boks lub po prostu często łoił innym skórę, sam od czasu do czasu obrywając; a cerę miał niepokojąco błyszczącą i w lekko piwnym, rzadko spotykanym w Anglii odcieniu, podejrzanie południowo to wyglądało;  brwi jak dwie smugi sadzy, ze skłonnością do zlewania się w jedną, bez wątpienia wyskubuje sobie pęsetą to miejsce pośrodku; a przede wszystkim usta, zbyt mięsiste i miękkie, względnie równie pozbawione konsystencji jak przesadzone rozmiarem, słowiańskie wargi, które podczas pocałunku ustępują i rozlewają się jak miękka nieustanie gnieciona plastelina, w każdym razie takie sprawiają wrażenie, albo wydają się w dotyku podobne do przyssawki o ciągle się odnawiającej niewyczerpanej wilgoci.

Never underestimate human stupidity

terezjasz1

Tytuł wpisu to podtytuł XI z 21 lekcji Yuvala Harariego na wiek XXI. Lekcja XI dotyczy wojny dodajmy. W lekcji XX poświęconej znaczeniu dowiadujemy się między innymi że słynne hokus pokus wzięło się z "Hoc est corpus" wypowiadanego w trakcie mszy łacińskiej podczas podniesienia hostii.

Rozdziały pogrupowane są w 5 części. Pierwsza dotyczy wyzwań technologicznych. I to rozczarowanie - bo zapowiadany przez Hegla koniec historii nie nastąpił (tak to nie Fukuyama to wymyślił). II praca - co zrobić jak jej nie będzie? III wolność - czy grozi nam cyfrowa dyktatura? big data nie kłamie. IV równość  kto ma big data ten ma władzę.

Druga to wyzwania polityczne. V wspólnota - ludzie mają ciała, a te potrzeby. VI cywilizacja - na świecie jest tylko jedna, ludzka. VII nacjonalizm - globalne problemy wymagają globalnych rozwiązań. VIII religia - bóg w służbie narodów czyli Durkheim ad 2018. IX imigracja - czyli nie dajmy się zwariować strachom ani politycznej poprawności.

Trzecia desperacja i nadzieja. X terroryzm czyli bez paniki - statystycznie większa szansa na zgon w wypadku samochodowym lub z powodu cukrzycy. W terroryzmie chodzi o reakcję i to co zrobił Dubya po 11. września jest najlepszym przykładem tego jak nie należy reagować na terroryzm. XI wojna czyli ludzka głupota nie zna granic. XII pokora - czyli narcyzów ci u nas dostatek. XIII bóg - nie należy tworzyć ich nadaremno. XIV sekularyzm czyli zauważ swój cień.

Czwarta część to prawda. XV ignorancja - wiesz mniej niż ci się wydaje a twój umysł cię oszukuje. XVI sprawiedliwość - jej wrodzone poczucie nie przystaje do czasów gdzie wszystko jest zapośredniczone. XVII post prawda czyli fejkniusy są wieczne (patrz religie objawione). XVIII science fiction  przyszłość to nie jest to co widzisz filmach (chociaż to kształtuje społeczne schematy jej postrzegania).

I wreszcie cześć piąta. XIX edukacja  gdy jedyną stała jest ciągła zmiana można uczyć tylko 4 c - critical thinking, creativity, communication, cooperation. XX sens - życie to nie narracja. XXI medytacja po prostu obserwuj czyli jest odrobina nadziei.

Krótko mówiąc dobrze już było, a jutro nie należy już do nas że tak sparafrazuję song z filmu Kabaret (Tomorrow belongs to me śpiewał młody faszysta na początku lat 30.  dziś śpiewają kolejni ale to już nawet nie jest śpiew łabędzi). Niestety, o ile medytacja może pomóc w wymiarze indywidualnym to na uratowanie świata może już być za późno.

Refleksja o dziarskich chłopcach czyli bal na Titanicu trwa

terezjasz1

Niektórzy źli politycy mają szczęście trafić na autorów którzy unieśmiertelnią ich w satyrze. Taki był zdaje się przewrotny zamiar autora The brief and frightening reign of Phil. Historia o tym jak to najbardziej dziarski z dziarskich chłopców wziął sprawy w swoje bynajmiej nie klaskaniem obrzękłe prawice. Od razu nasuwa się na myśl Witkacy i jego Szewcy czy Kariera Artura Ui Brechta. Wydaje się jednak że utożsamianie Phila z Dubyą Bushem jest nieco na wyrost. Ale mam nowego kandydata który będzie pasował. Nazywa się Jair Bolsonaro i właśnie wygrał wybory na prezydenta Brazylii. Plan ma prosty  przestępców zastrzelić a miejscu, lasy wyciąć i zasadzić soję, kobiety do rodzenia dzieci, oko za oko, ząb za ząb. Hammurabi to przy nim progresywista. I cała nadzieja w tym że ktoś zainterweniuje zanim chłopina wytnie cała Amazonię. Bo inaczej ie dotrwamy do obchodów stulecia II wojny światowej. Sprawdźcie co fizyk atmosfery Szymon Malinowski mówi o temperaturze mokrego termometru albo o tym ile dni suszy wystarczy żeby stanęły elektrownie węglowe i co nastąpi potem (podpowiedź  opisano w powieści Blackout Elsberga - chociaż tam to byli hakerzy nie susza).

© Hominem unius libri timeo
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci