Menu

Hominem unius libri timeo

Kulturalne peregrynacje, dyskursywne fascynacje

Mordo ty moja czy Pedros nie Gajos

terezjasz1

Janusz Gajos na ekranie to zawsze radość dla oczu, jego "do chuja karmazyna" czy scena z prosiaczkiem przejdą do legendy niczym podwawelska czy japanikierowniczkopalęcałyczas.

Generalnie film Smarzowskiego Kler nieco mnie rozczarował. Pomijając kreacje aktorskie bo były znakomite. Braciak miał chyba najlepiej od dawna napisaną postać w polskim kinie.  Natomiast co do scenariusza to rozumiem że chciał pokazać syntetyczny obraz zepsucia i moralnej zgnilizny z naciskiem na problem pedofilii (tu by można serial zrobić przy tej skali), ale osobiście dużo większe wrażenie wywarła a mnie ta sama historia opowiedziana przez Yanagiharę w Małych życiach. Tam na prawdę gula stawała w gardle, tu jakoś mniej.

Zasadnicze pytanie brzmi czy powszechnie kojarzony jako pierwowzór biskupa Mordowicza dwojga imion generał abepe Flaszka obejrzy i skomentuje. I kim są prawdziwi Marian i Teodor.

Pytanie natury ogólnej to zaś kwestia na ile te miliony widzów wyciągną wnioski w tego obrazu, czy będzie druga Irlandia. Oby.

Hiszpan potrafi czyli Gossip Girl AD 2018

terezjasz1

Realia seriali młodzieżowych to dowód na siłę mimetyzmu sztuki. Dorośli aktorzy grający nastolatków i te realia luksusowych szkół w których mury wkraczają arywiści doprowadzając do różnorakich perypetii. I bierni, nieobecni rodzic. A jeśli już czynni to raczej w sensie negatywnych hamulcowych postępu. Ogólnie rzadko kiedy wychodzą jednak poza schemat mezaliansów klasowych.

Tymczasem da się inaczej, tj. połączyć emocje, realia klasowe i do tego dorzucić też współczesne kwestie nieheteronormatywych orientacji seksualnych, islamskich emigrantów, narkotyków, adopcji i jeszcze morderstwo niczym w Orient Expressie. W skrócie to Élite, czyli kolejna udana produkcja hiszpańska.

Podstawa to dobry scenariusz, a konkretnie ograniczona liczba postaci których wzajemne relacje są tak przeplecione za sobą, że co chwilę dochodzi do zmian sojuszy a emocje kipią. Szkoda że tak perfidie zostawiono otwarcie a kolejny sezon w sytuacji kiedy wszystko w zasadzie się wyjaśniło, ale cóż kasa musi się zgadzać.

Kadra aktorska daje radę. Maria Pedraza ma coś więcej do zagrania niż w Casa de Papel, podobnie Miguel Herran, z kolei Jaime Llorete trochę powtarza swoje emploi. Kolorytu nadaje Danna Paola, najmniej zaś przekonuje posiadacz wiecznie zbolałej miny Omar Ayuso.

Mam wrażenie że o hiszpańskiej odnodze Netflixa jeszcze usłyszymy. Potrafią połączyć polityczną poprawność zza wielkiej wody ze satyrą społeczną skandynawskiego kryminału i do tego dołożyć te południowe emocje. ¡Queremos mas!


Walijski kolega inżyniera Mamonia

terezjasz1

Inżynier Mamoń powiadał że lubi to co zna, a zna co lubi. Innymi słowy aby osiągnąć sukces w szołbizie trzeba robić covery i rimejki (moją wieloletnią wiarę że Can't take my eyes off you czy Killing me softly to był oryginalne utwory Lauryn Hill na ten przykład rozwiała babcia uświadamiając że od kołyski katowała Sinatrą - dziś zresztą można a youtubach takie peregryacje prowadzić godzinami i dojść do poprzedników Sinatry). A jak się już samemu coś wymyśli to potem kopiować zmieniając dekoracje. I tu pojawia się walijski kolega czyli Ken Follet. A konkretnie jego cykl powieściowy Filary Ziemi / Świat bez końca / Słup ognia (ta jego współczesna trylogia stulecie zresztą też). Aż kusi żeby poduczyć się Pytona, napisać jakiś skrypt i potwierdzić numerycznie tezę, że jest to jeden schemat wypełniony odmiennymi didaskaliami i postaciami. Ponoć on pracuje jak Łepkowska czyli robi tylko ramę a murzyni robią resztę. Więc by się zgadzało. A publika czyta, kupuje i wszystko gra. To że to drętwe bardziej niż milicyjne kryminały to jedno. Ale jest pewien rodzynek.

To szwarccharaktery. Są oczywiście bardzo do siebie podobne, zwykle oparte na jednym założeniu. Ale z drugiej strony są prawdziwe. Jak się poczyta rozmowy z taśm u Sowy o ma się wrażenie że niektórzy z interlokutorów to się z kart tych powieści urwali. Tyle że dialogi mają barwniejsze bo nie spod sztancy.

Krótko mówiąc, czytadło okrutne, ale wciąga bo ma coś z życia, doskonałe na podróże z PKP.

Gdyby Bunuel żył dziś w USA i pisał

terezjasz1

Klasy niższe i w ogóle problemy klasowe rzadko są materią literatury, jeśli już to reportażu. Rzadko też zdarzają się autory, którzy z surrealistycznym momentami poczuciem ironii potrafią opisywać (stosownie stylizowanym językiem lub bez znaków przestankowych) stany wewnętrzne ludzi cokolwiek odległych od powszechnego wyobrażenia normy. George Saunders to wszystko potrafi i nie dziw że wykłada kreatywne pisanie na Syracuse. Jak sam podaje inspirują go pisarze rosyjscy bo podejmować umieją tematy ważkie, ale też tradycja absurdu bo na serio to się wielu rzeczy nie da.

W polskiej wersji mamy na razie jeden zbiór opowiadań (Dziesiąty Grudnia) i powieść nagrodzoną Bookerem [Lincoln w Bardo], o której tu pisać nie będziemy bo zbyt trąca Joyce'm. Innym razem.

Opowiadania są ciekawsze ze względu na szerszy przegląd problemów. Podstawowe to amerykański konsumpcjonizm, związane z nim problemy życia na kredyt i biedy a także reklamowego simulacrum w którym żyje wielu bohaterów posługujących się często gotowymi tekstami bez żadnej refleksji. Do tego dochodzi też problem klasowy (Szczeniak), mianowicie przedstawicieli klas niższych, którzy próbując żyć zgodnie z wymogami reklamy popadają jedynie w długi i nałogi (Al Roosten, Dziewczęta Sempliki). A jeśli już próbują się zachować porządnie to też ie idzie najlepiej (Moje rycerskie fiasko, W domu). Zasadniczo więzi międzyludzkie w tych opowiadaniach to trudny temat, jakby to ująć kolokwialnie, jedna wielka patologia (Zwycięska Runda) albo inaczej mówiąc bohaterowie jak jeden mąż wywodzą się z familii co najmniej wychowawczo niewydolnych. Gdyby na posiadania własnych dzieci trzeba było przejść kwalifikacje jak na rodziców adopcyjnych to problem przeludnienia nigdy by nie zaistniał. Sposobem na wszystkie problemy wydaje się odpowiednia medykalizacja (Ucieczka z pajęczej głowy), chemia jest dobra na wszystko. Absurdy turbokapitalistycznych miejsc pracy najlepiej oddaje Napomnienie.

Zasadniczo Ameryka z tych opowiadań to miejsce raczej straszne niż śmieszne a nadziei zbytnio nie widać. Warto za to podziwiać stylistyczny kunszt autora i umiejętność mówienia językami tak różnych postaci. Podobnie ma Masłowska, ale jej zakres tematyczny nieco węższy. Możeby tak podyplomóweczka?

Nieważna płeć liczy się uczucie czyli kwartet romansów niekoszernych

terezjasz1

Izrael raczej nie kojarzy się jako się mekka kinematografii ani też miejsce szczególnie progresywne obyczajowo. Ale jak się okazuje tamtejsza kinematografia potrafi zaskoczyć i pokazać związki dalekie od halachicznego ideału. I co ciekawe widać pewien progres.

O ile w poprzedniej dekadzie podejmowano temat homoseksualizmu - Ha Sodot [Sekrety] z 2007 roku opowiadał historię córki rabina, która w żeńskim seminarium spotkała swoją miłość i uświadamia sobie ograniczenia patriarchalnej struktury społeczności ortodoksów a Einayim Petukhoth [Oczy szeroko otwarte] 2009 był historią romansu żonatego ortodoksyjnego rzeźnika (z czwórką dzieci) z czeladnikiem. W tym drugim przypadku bohater również zderzał się ze ścianą konwenansu i hipokryzji.

Czasy się jednak zmieniają i poszliśmy o krok dalej. W 2014 roku powstali Tańczący Arabowie [Pożyczona tożsamość] - film oparty na powieści Sayeda Kashu'y - o młodym Palestyńczyku, który trafia do elitarnej hebrajskiej szkoły. Tak zakochuje się z wzajemnością w Żydówce, ale pomimo że wszystko odbywa się tym razem w kręgach liberalnych - nadal jest to związek niemożliwy. Systemowy rasizm jakiego doświadcza bohater przypomina klimaty apartheidu. Sposób w jaki udaje się je pokonać trudno określić inaczej niż zhakowaniem systemu. Ale to co najwyżej wyjątek potwierdzający regułę.

Ale prawdziwie politycznie poprawny w duchu Netflixa jest The Cakemaker z 2017. Żonaty i dzieciaty Izraelczyk wpada w Berlinie na torcik i zakochuje się z wzajemnością w cukierniku. Niestety ginie nagle w wypadku, a zrozpaczony kochanek rusza do Jerozolimy piec szwarzwaldzkie torty w koszernej knajpce żony zmarłego. Co ciekawe w roli krewnego hipokryty występuje tu Zohar Strauss, kochliwy rzeźnik z Oczu szeroko zamkniętych. Tym razem jednak bohaterka okazuje się osobą odważniejszą od męskich odpowiedników i jest to akcent niewątpliwie optymistyczny, którego podsumowanie stanowi scena w której zapewnia klientkę że jej produkty są koszerne pomimo wycofania licencji przez rabinat i faktu że ich receptury pochodzą od Niemca. Idzie nowe.

Każdy kraj ma swoich Januszy ale malo którym trafia się taka kronikarka

terezjasz1

Zacznijmy od tego że Kanada to jest szczególny kraj - obecnie uchodzi za bliski liberalnemu ideałowi a jego premier to medialny fenomen - a tak naprawdę po tym wszystkim mamy pokolenia biedy, kapitalistycznego wyzysku, rasizmu i ludobójstwa. Kanada to zawsze była taka gorsza Ameryka. Dziś jest raczej na odwrót, to Kanada jest tą lepszą wersją acz do ideału daleko. Skvorecky to sobie wykpiwał (zderzając doświadczenia straumatyzowanego II. wojną światową w Protektoracie Czech i Moraw emigranta roku 68 z polityczną poprawnością epoki hipisów) ale to nie jest pełen obraz.

Kanada to też kraj wielkich pisarek jak Margaret Atwood, Alice Munro czy Anne Proulx. Jedna już Nobla dostała, druga kandyduje, a trzecia po wielopokoleniowej sadze ekologicznej (Drwale) wzięła się za kanadyjski Wąchock, Berdyczów i Pierdziszewo w jednym czyli Nową Funlandię. Miejsce to słynnie z surowych warunków geograficznych, niebyt rozgarniętej umysłowo ludności i dużych fal. I pomimo tego wszystkiego może stać się miejscem w którym bohater odnajdzie siebie i swoje miejsce.

Bohater to zresztą dość niepasujące określenie, protagonista pasuje lepiej. Punkt wyjścia jest taki - chłop traci rodziców i pracę,

a notorycznie niewierna żona porywa córki aby sprzedać je pedofilom dzięki czemu zdobędzie fundusze na wyjazd z kochankiem. Na szczęście obydwoje giną a dzieci zostają odzyskane a na odsiecz bohaterowi przybywa ciotka i wspólnie ruszają do rodzinnej Nowej Funlandii. Tam bohater przeżywa szok kulturowy, ale stopniowo się akulturuje, odnajdując swoiste zen w powolnym i prostym życiu.

Opowieść wydaje się banalna. Ale to pozór. W rzeczywistości jest w niej dużo prawdy zarówno o relacjach międzyludzkich, pokoleniowo przenoszonych traumach i funkcjonowaniu małych ludzkich społeczności. Jest to cecha wspólna dzieł Munro, Proulx czy najwybitniejszej w tym względzie Elizabeth Strout. A dodatkowych smaczkiem The Shipping News jest fakt że napisano je dialektem z Nowej Funlandii. Taka językowa atrakcja niczym wprawki Murakamiego w pisaniu dialektem z Kansai. Po lekturze można zasiąść do ekranizacji, z wyklętym acz nadal doskonałym Kevinem Spaceyem i Julianne Mooore.

O ważności inicjału czyli jak pomylić jednego Jurka z drugim

terezjasz1

W zeszłym roku wielu chętnych na zakup książki Michela Wolffa "Fire and Fury" o realiach Białego Domu za Trumpa zakupiło niechcący dzieło poświęcone alianckim nalotom dywanowym w czasie II. wojny światowej. Dlaczego?Bo też nosiło tytuł "Fire and fury", a jego autor, historyk Randall Hansen miał swoje 5 minut sławy.

Podobna pomyłka zdarzyła mi się przy okazji chęci zapoznania się z twórczością George'a Saundersa, profesora kreatywnego pisania na uniwersytecie Syracuse. Z pierwszego wykształcenia inżyniera geofizyka. Autor to raczej wysublimowany, specjalista od opowiadań raczej niż form dłuższych.

Ale jak się okazało, jest również drugi George Saunders. Używający dla odróżnienia inicjału P. Drugi z Jerzych tworzy raczej literaturę lekką, typu ie wymagające thrillery lub science fiction. Oraz scenariusze do dzieł z legendarnym Muscles from Brussels Jean Claude'm v. D. Rozrzut jak nie przymierzając od Disco Relaxu do koncertu wiedeńskich filharmoników na nowy rok.

Z rozpędu zaliczone zostały dwie pozycje. Pierwsza to nowa wersja znanej historii o dzielnym sołdacie co ratuje świat od kosmitów czyli Mars the Bringer of war. Komiksowe dzieło z tej racji, że jakoś trudno sobie wyobrazić aby cywilizacji zdolnej pokonać prędkość światła (a więc w teorii zmienić prawa fizyki co można uznać za absurd lub paradoks zależnie jak na to spojrzeć) mógł się przeciwstawić ktokolwiek. Cixin Liu by się uśmiał.

Dzieło drugie - Whoever gods may be wydaje się być ambitniejsze. Otóż mamy tu kosmicznych obserwatorów, nuklearną zagładę Ziemi podróże przez dziury czasoprzestrzenne i kwestię czystego zła czyli Szatana. Dużo tych grzybów w barszczu, i mocno to przeciągnięte, ale to doskonała lektura do podmiejskiego pociągu. Optymistyczne zakończenie pozwala zachować wiarę w ludzkość,a zło dostaje za swoje dzięki dzielnej kobiecie, więc i wątek feministyczny zostaje ujęty. 

Wniosek jest taki, że należy sprawdzać nie tylko podtytuły ale i nazwiska autorów z inicjałami włącznie.

O sztuce miniserialu

terezjasz1

Gdy weźmiemy legendę szkoły aktorskiej (ze względu na legendarny występ podczas egzaminu na drugim roku, gry rolę Cyrana De Bergerac oklaskiwali wspólnie koledzy i profesura - tak to Piotr Fronczewski vel Franek Kimono - jak to opowiada kolega z roku Andrzej Seweryn a do tego mamy Dawida Ogrodnika czy Zdzisława Wardejna), reklamowany klimat zgnilizny i beznadziei lat 80. w małych miastach na zadupiu, w których niewiele się dzieje (jak śpiewał Big Cyc czyli tych samych które miał w dupie poeta Andrzej Bursa), muzykę na czele z Brodką próbującą dorównać cioci Izie Trojanowskiej (Wszystko czego dziś chcę) - sorry Monia ale nie. Umiesz śpiewać ale nie ta charyzma - polecam wpisy pod oryginalnym nagraniem na youtube - odwołania do stylizacji a Bowiego to pryszcz), dołączymy wątki rodem z 13 powodów, 4 trupy i cały retro patriarchalny seksizm plus fajki i wódeczkę w miejscu pracy to mamy jak nic mini serial Rojst.

Mini serial dlatego że w ciągu rozwoju akcji poznajemy rozwiązaniem zagadek obu podwójnych zgonów - to jakby jeden film rozciągnięty na 5 godzin a nie typowy serial. I oczywiście typowy przewrotny tryumf pozornie uprzedmiotowionej kobiecości, bo jak to zwykle w takich wypadkach sprawdza się zasada cherchez la femme (to znaczy faceci biegają w kółko a na końcu okazuje się że wszystko z powodu baby). Zdradzana żona i ofiara lubieżnego szefa ZSMP w roli femme fatale. Rude jak głosi ludowa mądrość to wredne czy wręcz złowrogie (przykład to reklamujący izraelskiego producenta farb niejaki rudy z wałkiem - bardziej złowrogi niż Jack Nicholson w Lśnieniu - do zobaczenia na stronie Nirlat.com)

W tle historia zbrodni polskich na Niemcach po 45 roku, samowola  wszechwładność funkcjonariuszy resortu i partyjne gnidy. Ot taka przestroga przed kolejnymi wyborami chciałoby się rzec.

Cieszy, że nie tylko HBO i politycznie poprawny (pomysł z Ciri jako Black/Africa/Mixed race) Netflix finansują seriale. Szału nie ma, ale kawał profesjonalnej roboty jest. Największy żal, oprócz słabości scenariusza mam o niewykorzystanie postaci kierownika. Z zajawki wynikało że będzie on jakimś narratorem czy inną scenariuszową klamrą a był zaledwie 3 epizodami. Szkoda, ale cóż pierwsze koty za płoty a scenariusz do konsultacji z ekspertami następnym razem.

Aha i uwaga ogólna. Wpis ma charakter ćwiczenia zarówno w sztuce pisania w duchu strumienia świadomości jak i surrealizmu (Boris Vian zapytany dlaczego zatytułował swoją powieść "Jesień w Pekinie" odpowiedział że dlatego iż akcja nie dzieje się ani jesienią ani w Pekinie).

Pierwszy raz w pełnym kinie czyli kronika miłości tak wielkiej że aż niemożliwej

terezjasz1

Dzisiejsze doświadczenie kinowe było jedyne w swoim rodzaju - pierwszy raz w wypełnionym do ostatniego miejsca kinie (chociaż prawdę pisząc był też pokaz Predatora [1987!] (w zamierzchłych czasach lat osiemdziesiątych, kiedy najsłynniejsi bliźniacy co ukradli księżyc akurat zbierali się do przebywania w pewnej sali BHP a nad krajem krążył duch generała Gawrona) wiejskim kinie gdzie był zdecydowany nadkomplet ten smak owocu zakazanego bo był bodajże od 12 jeśli nie 15 lat  z tego miejsca pozdrawiamy budynek dawnego kina / poczty / centrali telefonicznej zamieniony na gimnazjum, pytanie czym teraz będzie bo nawet halę sportową zyskał), zakup ostatniego miejsca na chwilę przed seansem, coś niezwykłego. Komplety na filmie polski i do tego nie Patryka Vegi. Szok i drżenie. Umarł król (Wajda) nich żyje król (Pawlikowski).

A film to Zimna Wojna. W wersji zdroworozsądkowej to historia dwojga nieodpowiedzialnych ludzi na tle burzliwej historii lat powojennych. W innej hołd dla rodziców twórcy filmu Pawła Pawlikowskiego albo aktorski popis Tomasza Kota i Joanny Kulig, ale też Borysa Szyca i Agaty Kuleszy w rolach drugoplanowych. Czarno białe zdjęcia, bliskie kadry, doskonała scenografia i kostiumy. Słuszna Palma w Cannes, tak jak Oskar za Idę. Nie będziemy tu porównywać do La La Land bo oto inna liga. Tam konwencja musicalu była logiczna ze względu na zawód obojga bohaterów ale poza perfekcją w zgraniu samej miłosnej historii z konwencją ie było nic więcej. Tu ciężar gatunkowy jest dużo cięższy. Zwłaszcza jak ktoś pamięta poprzedni ustrój. Swoją drogą Kulig z Emmą Stone w remaku Życia Adeli to było coś.

Historia muzyka i artystki zespołu Mazurek (czyli Mazowsza) - miłości tak silnej że aż niemożliwej, rozstań i powrotów, rozbuchanych emocji w okolicznościach politycznych mocno nie sprzyjających. Dla mnie osobiście największy ładunek ma scena z Berlina - od drutów kolczastych, prowizorki, sołdatów i kaszanki we wschodnim sektorze po światła i życie sektora zachodniego. I rozwinięcie tego wątku w dialogu na przyjęciu w Paryżu. Podsumowanie różnic między przaśnym wschodem i cywilizowanym zachodem. Generalnie ta różnica jest osią filmu. W Polsce mamy wieś, babuszki w ludowych strojach wcinające jajka na twardo w pociągach, ludowe przyśpiewki nie do końca trzeźwych mużyków z krzywym zgryzem i kamieniem nazębnym, partyjne gadki i obozy pracy a na zachodzie światła Berlina, jazz w paryskich klubach, mansardy, bulwary nad Sekwaną i przyjęcia w wielkoburżuazyjnym stylu.

Pytanie co będzie dalej bo po Idzie (tam była Agape czy obdarowująca miłość Boga, tu był czysty Eros - to na dopełnienie Philia czyli miłość czysta przyjacielska. Zamknij trylogię waść Pawlikowski. Nie bądź gorszy od wrażego Guadalgnina.

Romy Schneider vs Tilda Swinton czyli gdzie się podziali samczy samcy

terezjasz1

Dwa filmy, a w sumie to nawet trzy. La Piscine Jacquesa Deray z 1969 z Alainem Delonem, Romy Schneider, Maurice Ronetem i Jane Birkin i jego remake z 2015 spod ręki Luki Guadagnino (druga część tryptyku Pożądanie i druga z Tildą [po I am Love] a przed Call me by your name), The Bigger Splash, z kwartetem Tilda Swinton, Matthias Schoenaerts, Ralph Fiennes i Dakota Johnston. 46 lat, Lazurowe wybrzeże kontra Sycylia, ale przede wszystkim wielka różnica ról płciowych.

O ile wersji francuskiej mamy rywalizację samców (i ten epizod Paula Craucheta jako inspektora) a role żeńskie są dopełnieniem to wersji włoskiej jest raczej na odwrót- to postaci żeńskie wydają się bardziej aktywne, chociaż paradoksalnie to Ralph Fiennes kradnie show. A Inspektor Corrado Guzzantiego to postać dość operetkowa, acz niejednoznaczna i też jest to genialny epizod, zwłaszcza scena z autografem to majstersztyk.

Generalnie widać zmianę perspektywy - w oryginalnym scenariuszu mamy coś w rodzaju kryminału, zbrodni w afekcie i niejednoznaczne zakończenie, wersja włoska to bardziej dramat psychologiczny i samo zakończenie chociaż też trudno je uznać za jednoznaczne daje rodzaj zamknięcia.  Najbardziej widać jednak zmianę ról - to nie są już maczo zdobywcy tylko raczej rodzaj trutni, którym wydaje się że mają kontrolę.

To ciekawe przejście, a pamiętać należy że Basen zrobił też W 2003 Francois Ozon - tam to w ogóle była dynamika pomiędzy Charlotte Rampling i Ludvine Sagnier a faceci byli w tle.

Warto porównać światło w tych 3 obrazach - niby to samo śródziemnomorskie słońce, ale jednak nie końca.

Pytanie brzmi czy naprawdę doszło do takiej zmiany ról czy zmieniło się tylko postrzeganie (a same role z grubsza pozostały niezmienne?) Czy to kwestia doboru aktorów? Zamiast obrazkowych Romy i Delona bardziej charakterystyczni Tilda i Ralph? Szkoda że Ronet i Romy nie żyją a Delon nie dostał epizodu. Byłoby jeszcze ciekawiej.

Satyra na poważnie

terezjasz1

Wydawać by się mogło że problemy rasowe i powiązane z tym ekonomiczne, socjologiczne itp itd. o raczej kiepski temat na powieść satyryczną. A jednak da się. Można napisać coś w rodzaju Pynchona przełamanego Monty Pythonem na nutę z Compton. 

Idzie to tak, mamy syna czarnego socjologa, który stosował bardzo eksperymentalne metody wychowawcze. Nowy czarny człowiek i te sprawy. Ojciec ginie zostawiając po sobie jednie farmę i rachunek za pogrzeb. Syn postawia zostać aktywistą i przywrócić swoją miejscowość (Dickens) na mapie USA (została usunięta z powodu wstydu jaki przynosiła choćby złymi wynikami swoich uczniów w nauce). Metodą na to jest wprowadzenie segregacji rasowej i niewolnictwa (łącznie z czwartkowymi sesjami biczowania zlecanym specjalistkom od usług BDSM) - z małą pomocą gwiazdora rasistowskiego serialu  lat 40 tych.  Sukces zaś doprowadza bohatera przed sąd najwyższy USA.

Jest o satyra znakomicie napisana, pełna dowcipów (dobrze że wyjaśnianych w przypisach bo dla kogoś kto nie zna historii USA mogą być o dowcipy nieczytelne), pełna surrealistycznych scenek a mimo to bardzo poważna, bo w sumie o wielkie oskarżenie, coś na miarę Ludowej Historii USA z naciskiem na relacje międzyrasowe.

Może Masłowska by poszła tropem swojego ostatniego dzieła i stworzyła coś poważniejszego?

Kosmopolityczny internacjonalizm Janusza

terezjasz1

Z cyklu podpatrzone. Tym w razem w prowincjonalnym aquaparku w rejonie turystycznym. Obiekt to to samiec, lat około trzydziestu, BMI w granicach 30 a więc na granicy nadwagi i otyłości. Na plecach tatuaż szwabachą stylizowaną nieco a pismo chińskie z nutą maoryskiego trybalizmu. Po dłuższej analizie Eureka. Napis brzmiał oczywiście Carpe Diem.

I jak tu nie kochać suwerena?

13 Reasons Why

terezjasz1

Wydawać by się mogło że tak zwana literatura dla młodych dorosłych to rodzaj uproszczonej obyczajówki o raczej pozytywnym wydźwięku typu powieści Johna Greena czy Stevena Chbosky'ego. Oczywiście nie oznacza to że nie mogą poruszać tematów poważnych i wszystko jest cukierkowe ale generalnie to raczej lekki kaliber. Ale nie zawsze.

Serial 13 Reasons why to adaptacja powieści Jaya Ashera. Debiutanckiej dodajmy. Zmieniona i przedłużona, bo szkoda by to zamknąć w jeden sezon. I co ciekawe zupełnie odmienna od Beverly Hills 90210. Tam byli piękni, aryjscy i bogaci. A problemy niekoniecznie poważne. Tu mamy mieszankę etniczną z szerszego przekroju klasy średniej (na przykład w ogóle nie widać epidemii otyłości), filmową urodą ani sportową sylwetką nie porażającą. 

Sama fabuła oryginalna. Nastolatka popełnia samobójstwo. Zostawia kilka kaset magnetofonowych, na których opisuje kolejne zawody doznane od kolejnych osób, będących jednocześnie na liście słuchaczy kaset. Zwornikiem tej historii jest kolega zmarłej. Ich relacja była dość specyficzna, jak się wydaje wzajemnie byli sobą zauroczeni, ale żadne do końca nie umiało tego zwerbalizować i wykonać decydującego kroku. Serial to w dużej mierze retrospekcja, w drugiem sezonie zaś akcja toczy się wokół procesu wytoczonego rzez rodziców zmarłej szkole. Rodzice chcą udowodnić zaniedbanie i tolerancję dla kultury gwałtu, szkoła zaś to samo chce udowodnić rodzicom. Oto do czego prowadzi kontradyktoryjny system prawny. Prawda? Jak prawda? Albo czyja?

Z jednej strony mamy więc typowe nie tylko dla nastolatków problemy z jakością i głębią relacji międzyludzkich - ludzie pragną kontaktu, bliskości, ale żeby samemu wykonać pierwszy krok to już gorzej. No i wieczny problem z tym, że do taga trzeba dwojga. Nawet jeśli mówimy o XXI wieku w Kalifornii, gdzie i rasa i orientacja nie są już tak istotne jak kiedyś. Ale za to są media społecznościowe i jeszcze większa presja na konformistyczny ekshibicjonizm.

Z drugiej strony amerykańskie liceum to Ameryka w pigułce - różnice klasowe, dominacja pieniądza i patriarchalny maczyzm który ma się całkiem dobrze.  Do tego problem diagnozowany już w Skins - rodzice zbyt zapracowani i/lub zajęci sobą żeby na cokolwiek się przydać, nauczyciele i inni również zajęci wszystkim tylko nie relacjami z młodzieżą i jej edukowaniem. W razie czego psychiatra i ritalin albo zoloft. Syllabusy, regulaminy i karty osiągnięć ważniejsze.I to uwikłanie wszystkich ze wszystkimi jak to w małych miasteczkach na zadupiu.

Czyli wszędzie przemoc - fizyczna, seksualna, psychologiczna, werbalna. Innymi słowy nic tylko się zastrzelić. I tu właśnie wielu czytelników ma problem z tą powieścią bo uważają że może samobójstwo gloryfikować i prowadzić do efektu Wertera. Pytanie tylko, czy gdyby realia były inne to byłoby to w ogóle możliwe?

Homo Deus czyli dyżurny pesymista idzie za ciosem

terezjasz1

W Sapiens Yuval Harari przystawiał ludzkości lustro i nie był to obraz miły ani budujący. Bezmyślność, zniszczenie i sporo przypadku w połączeniu z krótkookresową orientacją na zysk. Pytanie co dalej z tak znakomicie rozpoczętą historią?

Dalej będzie jeszcze ciekawiej. W Homo Deus spoglądamy w przyszłość ludzkiego gatunku. Nie ma tu kasandrycznych przepowiedni o tym czy pokona nas klimat, roboty czy szaleniec z guzikiem atomowym. Raczej pojawia się kwestia tego czym jest inteligencja i czy naprawdę potrzebuje ona świadomości. Bo jeśli nie, to po co ci wszyscy ludzie z tymi emocjami? Czysta sztuczna inteligencja sprawi się lepiej.

Bo z ludzkim umysłem to jest w sumie tak, że w zasadzie nie wiadomo jak to działa. Najnowsze hipotezy są takie, że to wszystko rodzaj algorytmów, które może się kiedyś da zrozumieć. A to oznacza że nie ma żadnej wolnej woli i takich tam. Religie  jeszcze nie do końca uświadamiają sobie jak bardzo są passe. Nawet buddyzm trąci już myszką. Wszystko jest może nie tyle zdeterminowane co dość przypadkowe (bo algorytmy mogą się modyfikować). Bolesny to cios dla wyznawców wiary w ludzką podmiotowość.

Ale jest też nadzieja. Ludzie będą dążyć do dwóch rzeczy - nieśmiertelności i wiecznego szczęścia. O ile to pierwsze może wymagać dość zaawansowanych technologii (elektronicznych czy biologicznych), to druga to kwestia chemiczna i do zrealizowania w przewidywalnej perspektywie czasowej. Najprawdopodobniej ze wsparciem wirtualnej rzeczywistości, bo jakoś te ludzkie masy trzeba będzie zagospodarować jak już ręce do pracy potrzebne nie będą. Brzmi jak Matrix ale cóż, taki mamy klimat.

Chce się jeszcze takich lektur. Sycą intelektualnie.

Proza poetyka na nutę rap

terezjasz1

Czasem język w jakim coś jest napisane jest tak fascynujący, że potrafi przykryć nawet fabularną pustkę nie mówiąc o banale (patrz Aura Xilonen). Ale jeśli fabuła trzyma się kupy, a nawet ma charakter społecznej krytyki w stylu skandynawskim (w tym przypadku w kwestii podziałów klasowych - tu się przypomina Tekst Glukhovskiego  - chociaż tam to było w tle) to można pochylić z szacunkiem czerep i pokłonić się najsłynniejszej literatce z Wejherowa za Innych Ludzi

Pisana raperską nawijką historia dresiarza Kamila, jego matki, siostry, dziewczyny, kochanki i męża tejże. Obraz bardzo przygnębiający, bo o ile Kamil i jego rodzina to przykłady rodziny balansującej na styku klasy niższej i podklasy, z całą typową przemocą, bezradnością, niskim kapitałem wszelkiego rodzaju, to to kochanka Iwona jej mąż Maciej to tak zwana aspirująca burżuazja, z kredytami i uzależnieniami od xanaxu czy innych narkotyków, dostarczanych skądinąd przez Kamila. Też przemoc i drama chociaż w estetyczniejszym otoczeniu. Jest też Aneta, zaoczna studentka dorabiająca w Rossmanie czyli przedstawicielka słoików.

Generalnie wszyscy sprawiają wrażenie samotnych monad i nie widać zbytnio nadziei na zmianę tego stanu. Andrzej Leder uśmiecha się Lacanistycznie.

Zimowa podróż czyli ani o zimie ani o podróży

terezjasz1

Starszy referent literacki Katalonii Jaume Cabre jest wybitnym rzemieślnikiem słowa. Na dodatek intelektualnym ironistą, który potrafi pisać z przymrużeniem oka. Mówi się, że powieściopisarz potwierdza swoją klasę zbiorem opowiadań, bo lać wodę nietrudno ciężej to wszystko skomasować. I w tym przypadku klasa została potwierdzona. Zimowa podróż to nietypowy zbiór opowiadań o tyle że wszystkie się ze sobą przenikają. Pojawiają się te same postaci, a akcja opleciona jest jak to zwykle wokół muzyki i malarstwa. Sam tytuł bierze się z cyklu pieśni Franza Schuberta, a jego grób w Wiedniu odgrywa rolę znaczącego miejsca akcji. Inny kluczowy obiekt to pewien obraz Rembrandta i jego kolejni właściciele. Są też wątki sensacyjne, łódzko starozakonne a i romantyczne. Bardzo sympatyczna lektura na czas pobytu w szpitalu na te przykład. A dowcip z umierającym Bachem jako prekursorem dodekafonii Schoenberga jest po prostu przedni. Więcej takich.

Gdyby Robert Ludlum oglądał the L word

terezjasz1

Robert Ludlum specjalizował się z thrillerach w których dzielny bohater występował naprzeciw potężnej organizacji oplatającej mackami cały świat. The L word t zaś legendarna telepierdoła o lesbijkach w których mężczyźni i osobnicy hetero występują jedynie w rolach epizodycznych.

Gdyby te dwie koncepcje połączyć to uzyskamy w przybliżeniu zarys fabuły serialu Sense 8 już nie braci a sióstr Wachowskich. Otóż okazuje się że istnieje inny gatunek homo - homo sensorium - są to ludzie ktrzy mają coś w rodzaju telepatyczn-telekinetynczego połączenia między sobą i tworzą coś w rodzaju klanów - zawsze w 8 osób. I oczywiście pouje na nich wielka potężna i globalna organizacja, której się oczywiście przeciwstawiają.

Grupa bohaterów jest międzynarodowa międzyrasowa i także obowiązkowo transpłciwa, wszyscy są politycznie poprawni rodem z liberalnej bajki (nawet jeśli zdarzy im się być psychopatycznym mordercą z gangsterskiej rodziny ale oczywiście amor omnia vincit jak to zatutołowano trafnie ostatni odcinek) wrogowie zaś t ograniczeni i wredni osobnicy dążący do władzy nad światem.

Sam pomysł jest dość ciekawy, natomiast wykonanie charakterystyczne dla współczesnych seriali - dużo strzelania, mordobić (znamy z Matrixa) i zmian scenografii, acz należy przyznać, szczucie cycem nieco ograniczone. Słabością natomiast jest ta cała koncepcja sensorium, bo jej wyjaśnienia i drobne sprzeczności (np. bilokacja fizyczna) są dość mętnie objaśnione.

W sumie to taka trochę agitka LGBT. Miło się ogląda i zapotrzebowanie społeczne jest. Ale w TVP raczej nie pokażą (gdzie tam do Klanu czy innej Korony Królów) a w TVN-ach i Polsatach królują kolejne wariacje mięsnego jeża. Szkoda, bo przydaoby się wietrzyć ten zaduch częściej.

Wielkie powieści grecko-amerykańskie

terezjasz1

Czerpanie z historii własnego życia czy szerzej pokolenie to taka chyba szczególna pisarzy amerykańskich mam wrażenie. Tak jak Roth czy Auster ciągle o Żydach, Siri Hustvedt o Skandynawach z Minnesoty tak Jeffrey Eugenides o Grekach z Detroit i studentach Browna.

Ale robi to doskonale i tematy wybiera dalekie od stereotypowych. Middlesex to generalnie historia hermafrodyty Calliope / Cala - od lat 60-tych z całą historią skomplikowanych greckich korzeni i emigracji od rzezi Smyrny począwszy. Na marginesie rodzinnej sagi mini portret Motown, które miało w sobie zarzewie upadku już w czasie pozornej świetności. Ale najlepszy fragment to historia założyciela Nation of Islam, który wcale nie musiał być ani czarnym, ani muzułmaninem. To też ciekawa gra słów, bo tytuł to dosłownie nazwa rodowej posiadłości. Powieść naprawdę bogata w odniesienia, bo i mity greckie i kwestie geny a wychowanie, i relacje rasowe i etniczne w USA.

The Marriage Plot to historia też a psychiatrią w tle, ale tym razem nie dostaje się specjalistom od hermafrodytyzmu a raczej nietolerancji wobec choroby dwubiegunowej w radosnych latach Reagana z demencją. To historia trojga studentów Browna - Madeleine, Mitchella i Leonarda. Ona z klasy wyższej, oni niekoniecznie. Mitchell to bardziej alter ego autora (Grek intelektualista i cichy wielbiciel w jednym) a Leonard to człowiek z dwubiegunówką, zaś Madeleine to czubek trójkąta. Ciekawa historia i ciekawe zakończenie, nie komediowo romantyczne bynajmniej. 

No i jest to ten sam człowiek na podstawie którego debiutanckiej powieści Sofia Coppola nakręciła The Virgin Suicides. I pieszczoch Oprah oczywiście. Porównanie z Franzenem narzuca się samo. Tak jest realizm histeryczny. Ale jakiś mniej ironiczny wydaje się. Taki bardziej zdystansowanie filozoficzny.


O końcu samotności na bawarską nutę

terezjasz1

Podoba mi się proza Benedicta Wellsa. Jest taka zabójczo konkretna, mało ozdobników, żadnych Proustowskich zdań. Krótko i na temat. A temat to samotność jednostki. Samotność dziecka (pomimo rodzeństwa), samotność w związku, samotność rodzica. Vom Ende der Einsemkeit to powieść krótka, ale znakomita. Głównego bohatera Julesa Moreau poznajemy jako szczęśliwe dziecko, otoczone miłością rodziców i rodzeństwa. Po śmierci rodziców w wypadku trójka rodzeństwa rafia do domu dziecka w Bawarii, tam Jules poznaje swoją nemezis Alvę, ale zejdą się dopiero po latach. I kiedy już wszystko wyda się ułożone, pojawią się dzieci to nadejdzie kolejna śmierć. Trudno jednak powiedzieć że to smutna powieść, wydźwięk jest raczej pozytywny, choć amerykańskiego optymizmu to tu nie ma. Ciekawe są za to rozważania o różnych traumach i ich wpływie na ludzkie życie. Sporo tu psychoterapii, chociaż ujęcie zupełnie inne niż u Fostera Wallace'a (opowiadanie Osoba w depresji)

Sam autor to też ciekawa postać, bo w końcu wnuk słynnego Baldura von Schiracha, od którego zdecydowanie się odcina poprzez zmianę nazwiska. Jak samo nazwisko wskazuje pochodzenie z Serbów połabskich.

Le roi est mort, vive le roi czyli nowy dyżurny pesymista

terezjasz1

Pesymistów mamy wielu acz ostatnimi czasy jednak kolega Hawking w ostatnim wywiadzie dał czadu swoim stwierdzeniem że mamy jako gatunek 100 lat na znalezienie sobie nowej planety do życia. Ale ponieważ natura nie znosi próżni to w jego miejsce nominujemy Yuvala Harariego, o dziwo historyka a nie fizyka. Ten jest optymistą i daje ludzkości nawet około millenium.

Sapiens to historia gatunku ludzkiego. Krótka i treściwa i mało pozytywna. Homo Sapiens wycięli w pień pozostałe rodzaje homonidów (urocze są rozważania na temat tego jak brzmiało by credo gdyby nadal istnieli neandertalczycy) nie mówiąc o ludobójstwach kolonialnych (ze słynną Tasmanią na czele), do 90% fauny i flory (patrz Ameryki, Australia, Nowa Zelandia) - ogólnie to mocno sympatyczny gatunek (gdzie się podziali ekologiczni zbieracze żyjący w zgodzie z naturą?- zostali w wyobraźni przytulaczy drzew) I dalej idąc w tym tempie to wykończy całą resztę chyba że scenariusz terminatora albo inny meteoryt załatwią sprawę za niego.

Skąd ten ewolucyjny sukces? Z umiejętności wiary w byty wyobrażone takie jak pieniądze, prawa człowieka czy państwa oraz sprzeczności (takie jak monoteizmy z ich masą aberracji) co umożliwia współpracę na masową skalę. Chociaż efekty tego są dość niejednoznaczne. Bo taka na przykład rewolucja rolnicza mogła wynikać z potrzeby wyżywienia budowniczych wielkiego sanktuarium - efektem było pogorszenie poziomu życia przeciętnego człowieka - ale też wzrost populacji i rozwój struktur politycznych. A potem tylko triada kapitalizm, imperializm i scjentyzm i voila. Wielkie znaczenie miała rewolucja scjentyzmu - zasada ignoramus czy sokratejskie "nie wiem". Rozdział o szczęściu niebezpiecznie nawiązuje do Nowego wspaniałego świata Huxleya.

Lektura trudna poznawczo acz łatwa do przyswojenia bo przystępnie i przejrzyście napisana. Pora na kontynuację czyli Homo Deus.

© Hominem unius libri timeo
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci